Menedżer – Monika Krzebietka +48 511 751 153 m.krzebietka@gmail.com
Kto wróci do puszki?

Kto wróci do puszki?

Bardziej prawdopodobnym jest to, że nie wróci do więzienia ten który przed jego opuszczeniem deklarował, że gotów jest choćby zamiatać ulice niż ten który chce przenosić góry.

Kiedy zostałem aresztowany byłem dobrze prosperującym zawodowym przestępcą. Majętnym, silnym, zdecydowanym i szanowanym w półświatku.

Inicjacją mojego procesu nawracania była modlitwa uniżenia. Siedziałem na więziennej pryczy i bez wyrazu patrzyłem w zakratowane okno. W pewnym momencie jakbym usłyszał głos mówiący wprost do mojego serca. Wstań wyjdź na środek i połóż się na podłodze. 

Zrobiłem nieco inaczej, ponieważ całe życie robiłem nieco inaczej. Wstałem otworzyłem okno do malutkiej celi niemal od razu wdarł się trzaskający mróz było -20*. Rozebrałem się do spodenek i położyłem krzyżem betonowej podłodze.  Leżałem godzinę co dnia przez 30 dni i zadawałem setki pytań nawet nie wiedziałem komu…

Wtedy Łaska Boża wylała się do mojego serca i zobaczyłem to co do tej pory było dla mnie zakrytym. Zrozumiałem to o czym nie miałem pojęcia. Słowo Boże które czytałem w Biblii stawało się dla mnie zrozumiałym.

Niedługo potem Pan Bóg udzielił mi wyczerpującej odpowiedzi na najważniejsze dla mnie pytanie, jaką ma dla mnie propozycję…

Nigdy nie zapomnę tej zimy i nigdy nie zapomnę tej nocy.

Tak to się wszystko zaczęło.

Po wielu latach zrozumiałem, że wtedy 2005r Duch Święty nakłonił mnie do tego gestu pokory bym zgiął swój dotychczas krnąbrny kark. Ponieważ bez tego nie zrozumiałbym co Pan Bóg chce mi powiedzieć. Zrozumiałem też, że pokora jest najdroższym klejnotem w koronie świętości.

Nie silny, bystry, inteligentny, przebiegły, zaradny, pomysłowy, błyskotliwy, wygadany, ale pokorny ma największe szanse na utrzymanie się na wolności i wygranie swojego życia.

Na wolności jestem już od 2011r. I nie stoję w miejscu…

ZK Wronki

ZK Wronki

Wronki – „Duży więzień małe domki”.

W szczególności moją misją jest odwiedzanie zakładów karnych,
poprawczych i domów dziecka. Dlatego z entuzjazmem przyjąłem zaproszenie do
podzielenia się swoim świadectwem w ZK Wronki. Skazani słuchali mnie uważnie i
w napięciu, co mnie ucieszyło. Ze zrozumiałych względów najbardziej interesowało
ich to, co dzieje się na wolności, jak sobie radzę, jaki obrałem kierunek, w
czym i u kogo szukam wsparcia i inspiracji. Ja sam szczególny nacisk kładłem na
kwestię tego, że MOŻNA INACZEJ! Co przybliżałem im na swoim przykładzie. Zachęciłem
do czytania książek i prasy, ponieważ z całą stanowczością świadczę, że czytanie
rozwija elokwencję i ubogaca słownictwo, które w warunkach więziennych ubożeje błyskawicznie,
a przecież mowa jest drugą po wizerunku cechą, po której ludzie nas oceniają…
Więc nie wolno nam jej zaniedbywać!

Po spotkaniu doszło do zabawnego zdarzenia. Kiedy wszedłem pomiędzy
więźniami, żeby porozmawiać prywatnie, niektórzy z nich zaczęli zadawać mi
pytanie, których kompletnie nie rozumiałem, nie wspominając o tym jak mógłbym
na nie odpowiedzieć… Kiedy wyszliśmy na zewnątrz organizatorka spotkania z
bractwa więziennego Pani Mariola poinformowała mnie, że na spotkaniu były osoby
z bloku „S”- Pawilon dla osób z zaburzeniami psychicznymi.

Niektórzy z Was zadają sobie pytanie, „po co ja odwiedzam
bandziorów”?

Odpowiem na nie tak: nie zapominajcie, że oni kiedyś wyjdą
na wolność, mogą być waszymi sąsiadami, więc odpowiedzcie sobie sami na pytanie,
kogo byście chcieli mieć za sąsiada? Człowieka naładowanego negatywnymi
emocjami pełnego gniewu i nienawiści czy kogoś kto stara się żyć inaczej?

Moim powołaniem jest zachęcać ich do tego by podjęli ten trud
dla dobra ich jak i nas wszystkich.

  „Jesteście skazani ale nie
potępieni”– Św. Jan Paweł II

Dziękuję –  

Fundacja POWSTAŃ

ul. Powstańców Wlkp. 23, 64-510 Wronki

Prawda o sobie samym, najlepszym lekarstwem.

Prawda o sobie samym, najlepszym lekarstwem.

Swoje wady można przezwyciężyć tylko w jeden sposób, wypowiadając im wojnę! Nigdy nie pertraktując czy idąc na kompromisy. Prawda o sobie samym przyjęta w pokorze jest jednym z pierwszych kroków na drodze ku uleczeniu.

Spojrzenie na siebie samego, a nie rozglądanie się na boki, poddanie swojej osoby ocenie przez innych, a nie mówienie o innych, podświadomie chcąc w ten sposób odwrócić uwagę od siebie.

Przecież nie idziemy do lekarza po to, żeby go okłamywać na temat symptomów naszej choroby tylko precyzyjnie mówimy gdzie nas boli z myślą, że ten zaradzi naszej dolegliwości, więc co stoi na przeszkodzie by tak samo postąpić z naszą duszą? Czy nie ego? Czy nie pycha?

Tylko prawda może nas wyzwolić. Ten ból musimy przyjąć po to, by nigdy więcej już nie bolało, bo czy uleczone rany jeszcze nam doskwierają?

Nikt nie mówił, że będzie lekko i nikt nie obiecywał, że będzie szybko jednak wszyscy, którzy przeszli tę drogę, jednym głosem zapewniają, że warto!

Bo czy nosimy na sobie płaszcz przemoczony w deszczu? Albo czy otulają nasze zabliźnione rany stare bandaże? Nie!

Pozbywamy się tego co zbędne, racjonalnie uważając, że jest nam niepotrzebne. Więc dlaczego nie postępujemy tak z oswojonymi grzechami? Po macoszemu traktujemy toksyczne przyzwyczajenia. Nie wychodzimy prewencyjnie naprzeciw złym upodobaniom tłumacząc „że się zdarza najlepszym”.  (się) nic nie zdarza, (się) szukaliśmy podświadomie folgując uciążliwym rygorom przyzwoitości, które w naszym mniemaniu zbyt długo trzymamy nas w męczącym uścisku.

Hasło naszego niedojrzałego „ego” brzmi: „Jak masz mnie nie chwalić, przyjdź kiedy indziej”. Inaczej się nie dogadamy a szkoda czasu na gadanie, żeby się nie dogadywać. Więc co, wymiana poglądów? Owszem to ma sens i jest całkiem mądre tylko jakoś teraz nie mam na to czasu, ale kiedy indziej to na pewno i z pewnością. Zadzwoń…

A nie daj boże ktoś nam zwróci uwagę , choćby półgębkiem coś mruknie w tonie upomnienia. Z miejsca wpisujemy go na listę „persona non grata” naszego najbliższego garnituru towarzystwa. No chyba, że to rodzina, wtedy co najwyżej odwiedzamy się tylko jak trzeba, rodzinnie, służbowo zajmując odległe miejsca przy stole.

Lekarzem może być szczery przyjaciel, lekarzem może być psycholog, aż w końcu  lekarzem może być Pan Bóg! Ponieważ nie do każdego skaleczenia wzywamy pogotowie. Tak samo jak nie każde zadrapanie świadczy, że potrzebujemy reanimacji. Na każdą dolegliwość jest adekwatny lek.

Ale gdy zaniedbamy drobne skaleczenie może rozwinąć się z niego zakażenie i gangrena. Pielęgnowane nieprzebaczenia skutecznie sparaliżuje moc naszej modlitwy, a wtedy zostaje zdewociała klepanka paciorków na sznureczku.

Zamkniemy Jezusowi przed nosem drzwi swojego serca, w tym samym czasie pretensjonalnie skarżąc, że nie przychodzi nam z pomocą. A wszystko przez to, że nie przyjmujemy prawdy o samym sobie.

Myślisz, że to takie proste?

Poczytaj komentarze na swój temat i spróbuj to przemilczeć…

//pc. 

Szatan najbardziej atakuje po wyklepce z puszki.

Szatan najbardziej atakuje po wyklepce z puszki.

By narodzić się na nowo, musiałem zaprzeć się samego siebie.

Kiedy Pan spojrzał na mnie, a Jego usta wyrzekły me imię, musiałem dokonać wyboru, patrząc na swoje życie wstecz. Patrząc na wszystkie swoje osiągnięcia, które żadnymi osiągnieciami nie były, lecz tegoż wyboru dokonać chciałem. Odpowiedź z dwóch – „tak” lub „nie”, mogła paść tylko jedna. Powiedziałem – „Tak!”. Czy bez wahań?

O to, by wahania były, a było ich mnóstwo, skrupulatnie zadbał zły, podsyłając mi co rusz nowe lęki, które czerpał ze swojego przebogatego arsenału. Lęki te trafiały do mnie, rodząc dziesiątki dylematów, pytań, rozmyślań, wahań. To była walka, którą musiałem stoczyć sam ze sobą. Pat nie wchodził w rachubę. Na pewno było w tym też sporo dylematów ludzkich, nie wszystkie przecież obawy pochodzą od złego.

Kiedy brama więzienna otworzyła się z ciężkim zgrzytem, a ja stanąłem w progu nowego życia, zamiast radości przyszła trwoga. Nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Pewności siebie dodaje świadomość, że wiemy, jak się poruszać i co robić, a ja tego nie wiedziałem. 

Nie wiedziałem tego, ponieważ nie mogłem sięgać po sprawdzony arsenał, którego do tej pory używałem – pięści, broń, kłamstwo, oszustwo, kombinatorstwo, hipokryzja. Wiedziałem, że to już było i wrócić nie może, ale to wcale nie dodawało mi otuchy, a wręcz przeciwnie – czułem w sobie lęk i obawy. Lecz odwrotu nie było, ponieważ na szali leżało wszystko, łącznie z moim życiem. Miałem tego świadomość, dotknięty wcześniej wieloma doświadczeniami, w których nie raz o włos uniknąłem śmierci.

Biorąc głęboki oddech, wciąż miałem przed oczyma to, przez co przeszedłem, nim stanąłem w tym miejscu, w którym się znalazłem. Nowy ja. Ta myśl dopingowała mnie i dodawała sił.

Pierwsze, od czego zacząłem, to zapoznanie się z prawidłami świata, w którym przyjdzie mi żyć. Który przyjdzie mi współtworzyć.

Z natury jestem taki, że jak już w coś wchodzę, TO PO CAŁOŚCI, bez kompromisów. Znałem siebie i wiedziałem, że nie będę stał w drzwiach. Że jak przekroczę próg, to pobiegnę. Tak, jak nie raz biegałem podczas zawodów sportowych.

Kiedy wygrałem pierwszą bitwę z samym sobą, rozganiając fatalistyczne myśli, które mnie paraliżowały, i starając się jak najmniej oglądać za siebie, zrobiłem pierwszy krok – sporządziłem plan działania.

Bo to, że działać trzeba, było rzeczą jasną. Kolejne pytanie brzmiało – Jak działać? Gdzie i kto był moim wrogiem, a kto sprzymierzeńcem? Wbrew pozorom, nie było to takie jasne.   W przestępczym świecie, wiedziałem na kogo mam uważać, jakimi metodami mam z nim walczyć, a zarazem jak mam się umacniać i przygotowywać do tego boju. Znałem swoje możliwości, asortyment oręża, zasięg, metody i techniki. Znałem prawa i zasady, którymi rządzi się ulica i więzienie. Wszystko było jasne.

A tu na wolce…? Wielka niewiadoma. Ocean znaków zapytania.

Więc, co miałem robić? Nic innego, jak zapoznać się prawami rządzącymi w normalnym świecie. 

Dlaczego uznałem to za zadanie priorytetowe? Ponieważ nie miałem jasno określonego podziału na to, co jest dobre, a co złe. Jak więc miałem zwalczać u siebie to, co złe, a tym samym to, co mnie osłabiało?

W takich momentach, w człowieku rodzi się pokusa, by sam sobie ustanawiał prawa i mimo, że z założenia działa z jak najlepszym zamiarem, to nie jest w stanie uchronić się od błędów. Błędów, które są równią pochyłą ku upadkowi, a w konsekwencji powrotowi do tego, co było. 

Zagrożenia na wolności są inne, a niżeli te w więzieniu. Można by je porównać do gry w piłkę nożną halową, do tej na pełnowymiarowym boisku. Pływania w basenie, do pływania w oceanie.

Człowiekowi, który nawraca się w więzieniu, wydaje się, że po wyjściu świat stoi przed nim otworem. Czuje się silny w wierze. Tak samo jak pięściarz w szatni przed walką, który najczęściej jest przekonany o swojej wygranej. Jednak wiemy, jak różnie to wygląda w ringu. 

Pierwsze uderzenie z jakim przyszło mi się zmierzyć, to wrogość i odrzucenie przez moje byłe otoczenie. Nie do końca to rozumiałem, ponieważ jedynym, co się we mnie zmieniło, to to, że nie byłem już przestępcą, a ściślej mówiąc – zaparłem się grzechu, a to nie zawsze to samo.

Było to dla mnie przykrym doświadczeniem, jednak po latach zrozumiałem, że wyszło mi to na dobre.

Znam ludzi, którzy wycofali się z bandytki z różnych powodów, jednak w wielu kwestiach wciąż byli na bakier z zasadami moralnymi czy etycznymi.

Hitler był wielkim miłośnikiem psów, jako pierwszy otworzył w Niemczech schroniska dla tych zwierząt. Jego ukochana suka Blondi, która towarzyszyła mu do końca, była jego oczkiem w głowie. Na końcu, z wielkim bólem ją uśmiercił. Jednak miłość do psa, nie przeszkadzała mu być jednym z najokrutniejszych dyktatorów jakich nosiła ziemia.

Każdy z nas słyszał o takich, którzy kochają psy, a znęcają się nad własnymi dziećmi. Są świetnymi fachowcami w pracy, a po pracy chleją na umór przepijając wypłaty. Posiadają wybitny talent muzyczny, jednak porzucili go na rzecz ćpania, zaprzepaszczając tym samym swoją karierę i przyszłość, tłumacząc, że nikomu tym nie robią krzywdy. Są poważanymi politykami, jednak zajmują się oszustwami podatkowymi. Piękne dziewczyny, które z lenistwa i braku ambicji uprawiają prostytucję.

Bo przecież to, że ktoś zmienił kwalifikacje czynów i zamiast napadać czy handlować narkotykami (za co się na sztywno idzie do więzienia), teraz np. zajmuje się z doskoku drobnymi wyłudzeniami lub pokątnym handelkiem spirytusem, i nawet przyłapany, nie idzie za kratki z uwagi na niską szkodliwość czynu, to przecież nie to samo, co życie w przyzwoitości, nawet względem samego siebie, nawet wtedy, kiedy nikt nie widzi. To nie ta liga.

Albo dobry albo zły.

Przecież sami katolicy często łamią prawo, czy po prostu grzeszą. To walka z samym sobą, coś o wiele trudniejszego. Wewnętrzna świadomość, że odpowiadasz przed Bogiem nawet za przewinienie, o którym żaden śmiertelnik nie wiedział. Tylko ty i On.

Nie chodzi o to, jak widzą cię ludzie, ale o to, jak widzi cię Bóg. A skoro tak, to musiałem nauczyć się tego, co w oczach Boga jest dobre, a co złe.  Czyli rozróżniać dobro od zła, nawet tego najbardziej ukrytego.

Dekalog to korzeń, fundament. Jednak z racji tego, że świat się rozwija i wszystko co było proste – komplikuje się, nie jest tak łatwo od razu rozpoznać przesłankę. Nierzadko, zło sprytnie zakamuflowane pod pozorami dobra, potrafi wyprowadzić na manowce. Na to trzeba czasu, by poznać po owocach, co niesie niewinnie wyglądająca nowość.  Bankowe reklamy, zachęcające do zaciągnięcia kredytów, są bardzo wymyślne, jednak nierzadko przychodzi nam płacić do końca życia wysokie odsetki.

Fałszywi prorocy zwiedli wielu, działa mnóstwo sekt, które obiecują zbawienie tanim kosztem. Dobre i spokojne życie, bez większych wyrzeczeń. Nieco to wszystko skomplikowane, jednak przy pomocy modlitwy, życia w łasce uświecającej, spowiednika, udaje się utrzymanie prawidłowego kursu.

Bardzo ważne jest też to, by otaczać się ludźmi mądrymi i uduchowionymi.

Pro 3:7 bw „Nie uważaj się sam za mądrego, bój się Pana i unikaj złego!”

Pokora!

Czerpanie z doświadczenia innych.

Widziałem wiele osób, moich znajomych lub takich, których nie znałem wcale, którzy wchodzili na drogę nawrócenia w więzieniu lub na wolności. Byłem też świadkiem, jak wielu z nich wracało do tego, co było, lub upadało jeszcze niżej.

Zadałem sobie wtedy pytanie – dlaczego tak się dzieje? Co jest przyczyną? Tym bardziej, że zagrożenie tyczyło również mnie samego.

Kiedy przeanalizowałem cały proces, od momentu wejścia na drogę nawrócenia do czasu obecnego, to uświadomiłem sobie, że takim momentem przełomowym, kiedy Słowo Boże do mnie dotarło, był moment, kiedy w więziennej celi położyłem się krzyżem na betonowej posadzce po to, aby się modlić. Wtedy jeszcze nie rozumiałem intencji tego działania, nie wiedziałem dlaczego to robię. Obawiałem się, że  tracę zmysły od długiego przebywania w ścisłej izolacji.  Dopiero po latach zrozumiałem, że to z mojej strony był pierwszy akt pokory. Uginając swój krnąbrny kark, sprawiłem, że Słowo Boże, które czytałem od dłuższego czasu, dotarło do mnie ze swoim przesłaniem. Przebiło się przez skorupę zarozumiałości i pychy, torując drogę łasce zrozumienia.

Pomny tego doświadczenia, wiedziałem, że pokora jest kluczem. Tam, gdzie nie ma pokory, zaczyna się kombinowanie po swojemu.

Kiedy więzień opuszcza Zakład Karny, szatan czeka na niego pod bramą. Na początku daje nieco się nacieszyć powziętymi postanowieniami. Rodzina, wspólne spacery, roztaczane plany, obietnice, podjęta praca, wspólne wypady do kina.

Po czasie, kiedy początkowa euforia nieco opadnie, odzywa się zew przyzwyczajeń. Powraca kolesiostwo, a wraz z nim zaczynamy ponownie odwiedzać miejsca, w których kiedyś bawiliśmy się wesoło. To budzi wspomnienia, beztroski. Pierwsze browce, pierwsze ściechy. Wtedy zły odczekawszy swoje, widząc wyłom w gardzie, przeprowadza zajadły atak.

Grzesząc, sami oddalamy się od Pana Boga. Wypraszamy Go z naszego życia, zamykając przed Nim drzwi naszego serca. Nie domykamy ich jednak, ponieważ w szczelinę już wcisnął swoją racicę szatan… Po to, by się rozgościć w naszym życiu na dobre.

Jeśli miałbym sklasyfikować, jakie działania sprzyjają rozprężeniu, to na pierwszym miejscu postawiłbym zaniedbywanie czytania Biblii. Kolejno – lekceważenie modlitwy, opuszczanie Mszy św., spowiedzi i Komunii Św., a tym samym – życia w łasce uświęcającej.

Grzechy chodzą parami, a nawet stadami.

Kapłan, podczas spowiedzi św., udziela penitentowi wielu rad i wskazówek.  Bardzo ważne jest też to, że podczas spowiedzi, za każdym razem okazujemy panu Bogu pokorę i skruchę, i ta postawa, w zależności od naszego charakteru, przez jakiś czas w nas trwa. Rachunek sumienia, pokuta, naprawienie win… To wszystko trzyma nas w pionie, ponieważ zachęca do nieustannego monitorowania swojego zachowania.

Jeśli zaniedbamy cokolwiek z tego, co dobre – nie ma pustki. Dlatego w miejsce tych uchybień, wciskają się inne praktyki. Kiedy przestajemy plewić ogródek, w miejscu warzyw błyskawicznie wschodzą chwasty.            

W prawie karnym funkcjonuje taka zasada, że przestępstwa są kwalifikowane na:

– przestępstwa z premedytacją, czyli przemyślane i zaplanowane;

–  przestępstwa w afekcie, czyli wtedy, kiedy działamy pod wpływem nagłego impulsu, nie do końca mając świadomość czynu. 

Podobnie jest z grzechami.

Człowiek popełniający grzechy najcięższe, robi to najczęściej w wyniku kumulacji, dopuszczania się wcześniej wielu mniejszych grzechów, czym doprowadził swoje sumienie do takiej martwicy, że często jego głos jest skutecznie tłumiony. Bo jak można wytłumaczyć np. grzechy śmiertelne, w których żyją niektórzy katolicy, przyjmujący świętokradczą Komunię św.? Czyż nie tym, że ich dusze są jakoby martwe?

Są też grzechy (w afekcie), kiedy niespodziewany zbieg okoliczności sprawi, że obudził się w nas dawno uśpiony instynkt i np. wykorzystaliśmy bez przemyślenia okazję i coś ukradliśmy, lub nie zwróciliśmy znalezionej rzeczy jej właścicielowi. Tak samo jest z kłamstwem czy obelgą.

Jednak katolik, który praktykuje z żywą wiarą, szybko się zreflektowawszy, ponaglony wyrzutami sumienia, jak najszybciej udaje się do spowiedzi św., żałuje, naprawia winy i ponosi pokutę.

Działa kierowany ufnością w miłosierdzie Boże, tak jak św. Piotr, po zaparciu się swojego Pana. W odróżnieniu od Judasza, który wątpił do samego końca.

Dlatego bardzo ważne jest to, by nie ustępować ani na krok. Pokornie słuchać rad i zaleceń spowiednika lub kierownika duchowego. Im więcej w tym pokory, tym większe są szanse, że przetrzymamy pierwsze najmocniejsze uderzenia złego, zanim więzienna brama z hukiem trzaśnie za naszymi plecami.

Słyszeliśmy przecież o sędziach kradnących w sklepach. Przecież są ludźmi obdarzonymi wyższym zaufaniem społecznym, i co się stało? Znają prawo doskonale, ponieważ je wymierzają. Tutaj chodzi o coś więcej… Chodzi o kondycję ludzkiego sumienia.

Pokora koroną świętych. Zaniedbując wysiłki o pogłębianie swojej wiary, spłycamy ją. Wyjaławiamy to, co z takim trudem i mozołem uprawialiśmy. A kiedy przychodzi bylejakość, zaraz za nią powstają ciągoty do relatywizowania tego, co jeszcze nie tak dawno było naszą skałą. Dywagacje na temat tego, czego jeszcze wczoraj byliśmy pewni.

Byłem świadkiem, jak moi znajomi, będąc na początkowym etapie nawrócenia, zbyt szybko i głośno zaczęli się tym chełpić i obnosić. Radziłem im, by tego nie robili, by wstrzymali się jeszcze z dawaniem świadectw, że do takiej posługi trzeba czasu, dla utwierdzenia wiary i dojrzenia owoców ich poczynań.

Jednak nie słuchali, a nawet czuli się oburzeni tymi radami. Odbierali je za pouczenia… Im więcej poznawali Słowa Bożego, tym bardziej się tym chełpili. Zabrali się za nauczanie, udzielanie lekcji i porad innym. Z czasem stając na piedestale, stawali się bożkami dla samych siebie. 

Zły dał im się wykrzyczeć, a potem uderzył w próżność i pychę. Za jakiś czas widziałem ich ponownie w rynsztoku. Dosłownie, kiedy widziałem, jak wracali do alkoholu, narkotyków lub hazardu. I w przenośni, kiedy popełniali recydywę, tytłając się w innych grzechach – kłamstwach, kradzieżach, pornografii.

To zawsze był smutny widok, ponieważ takim upadkiem, dawali do zrozumienia innym, że nie warto było tracić czasu na te „bzdury”. Często, nie potrafiąc przyznać się do porażki i swojej słabości, brnęli do końca, stając się wrogami wiary. Zawstydzeni, zaprzeczali istnieniu Boga. A szatan wył z radości, nierzadko biorąc w posiadanie wielu z tych, którzy im zaufali i za nimi poszli. 

Wiem sam na swoim przykładzie, jak człowiek potrafi być słabym, jeśli tylko zaufa swoim siłom. Sam upadałem wiele razy, jednak zauważyłem, że zwycięstwa rodzą zwycięstwa i umacniają nas samych. Im bardziej polegamy na Panu Bogu, tym sami jesteśmy silniejsi.

Grzech zawsze osłabiał moją wiarę, dlatego jak najszybciej starałem się oddać go Bogu, by szatan miał do mnie jak najbardziej utrudniony dostęp.

Zauważyłem, że im rzetelniej pilnuję swojego ducha, tym rzadziej popełniam grzechy ciężkie. Więcej! Tym krócej trwam w grzechu jakimkolwiek. Łaska uświęcająca pozwala jasno patrzeć i rozpoznawać zagrożenia ukryte. Widzieć więcej i głębiej, dzięki czemu działać prewencyjnie. Łatwiej jest grzechowi zapobiec, aniżeli się z niego wygrzebywać. Podobnie jak z ogniem, który łatwiej jest ugasić w zarzewiu.    

Każdy z nas dźwiga dopasowany indywidualnie do siebie krzyż. Każdym grzechem jedynie dokładamy do niego, a wszystko, co dokładamy, jest ponad miarę.  

Szatan kusił samego Jezusa Chrystusa, więc zdajmy sobie sprawę, kim my jesteśmy w tym zestawieniu. Jesteśmy bez szans, jeśli liczymy tylko na siebie samych! Szatan wyczuwa naszą słabość, zna nas od początku, więc wie, jak i w co uderzać. Nie ma czegoś takiego, jak linia demarkacyjna między dobrem, a złem. Jest tylko jedno, albo drugie. Kto próbuje stać okrakiem, wnet się obali.   

Podczas lektur życiorysów świętych, zrozumiałem, jakim potężnym orężem jest pokora.

Inkubator.

Dostrzegłem taki czas w postawach moich znajomych, którzy wchodzili na drogę nawrócenia – nazwałem go „inkubatorem”. Pan Bóg, tak jakby specyficznie troszcząc się o daną osobę, całkowicie osłania ją swoimi dłońmi.  Ponieważ wie, że człowiek w tym okresie jest najsłabszy, tym samym najzajadlej atakowany przez złego, który nie chce go „oddać”.

Podobnie, jak młode pisklęta w gnieździe, bezbronne w zderzeniu z zagrożeniami czyhającymi na nie w świecie. Dlatego troskliwi rodzice chronią je do czasu, aż dorosną i okrzepną.

Niestety, niektórzy z nich ową inkubatorową opiekę przypisywali swojej sile i umiejętnościom, chełpiąc się tym. Nierzadko ich ostrzegałem, starając się przemówić do rozsądku, uspokoić emocje, stonować euforię, co nie jest proste.

Tłumaczyłem, że ten czas minie. Że przyjdzie taki dzień, kiedy Pan schowa się za obłokiem i tak jak matka wypycha z gniazda swoje pisklę po to, by ono samo pofrunęło, tak samo i oni będą zdani w pewnym momencie na swoje siły.

Kiedy Bóg powie – „Sprawdzam! Pokaż czego się nauczyłeś, co zrozumiałeś…”, wtedy najczęściej dochodzi do upadków. Nawet tak mocnych, że nieodwracalnych w skutkach. Tym boleśniejszych, im bardziej ktoś polegał na sobie samym. Widziałem potem tych ludzi sponiewieranych losem, który sami sobie zgotowali. 

Nie chciałbym Panu Bogu przypisywać schematów zachowań, które schematyczne nie są. Po prostu opisałem przypadki, które widziałem na własne oczy i w moim odczuciu miały wspólny mianownik – pychę i brak pokory.

Grzech stoi na przeszkodzie wszystkiego co dobre – relacji z Panem Bogiem, czy relacji z samym sobą, jak i z innymi ludźmi. Bóg sieje dobro na gruncie tego, kim jesteśmy. Na naszych cechach stałych, naturalnych. Naradzamy się na nowo, jednak w starym ciele. Dlatego nie ze wszystkim należy walczyć, tylko podobnie jak w stylu walki aikido, gdzie wykorzystuje się technikę dźwigni, do wykorzystywania siły przeciwnika. Wiemy z doświadczenia, że odpowiednio podważając ciężar, wielokrotnie przewyższający nasze możliwości, potrafimy go unieść. Zazwyczaj odważny i śmiały przestępca, będzie odważnym i śmiałym katolikiem.

Moja historia.

Moja historia.

Moja historia

Dom

Pochodzę z dobrego domu, w którym niczego mi nie brakowało. Miałem swój przestronny pokój z czterema oknami z widokiem na park. Duże dębowe biurko, przy którym odrabiałem lekcje i czytałem książki. Kota, psa, akwarium, rower. Kochających rodziców, dziadków. Czyli wszystko, co można by nazwać szczęściem.

Byłem przeciętnym uczniem, co wynikało z braku zapału do nauki. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ, kiedy uczęszczałem systematycznie do szkoły, błyskawicznie nadrabiałem zaległości – potrafiłem awansować nawet na przewodniczącego klasy. Rodzice byli dumni, ja – obojętny. To były przebłyski, do których nie przywiązywałem uwagi. Szkołę traktowałem raczej jako coś, co mnie ogranicza, nakazując schematyczne myślenie, a ja od dziecka byłem indywidualistą i wolnym duchem. Na wszystko miałem swój pomysł. Jedyne co lubiłem i do czego się przykładałem to czytanie lektur. Niestety byłem i jestem dysortografem; wtedy to nie była rozpoznawalna dolegliwość. Pisałem najlepsze wypracowania w klasie. Jednak z powodu błędów nauczycielka stawiała mi oceny niedostateczne. Aż pewnego dnia sumienie ją ruszyło i powiedziała, że będzie stawiała mi dwie oceny – osobno za styl i osobno za ortografię. Zawsze było to 5/2. 

Sport to kolejna z moich pasji. Od szóstej klasy namiętnie uprawiałem trójbój lekkoatletyczny. Puchary, dyplomy, zwycięstwa… Miałem najlepsze osiągnięcia w szkole, przez co nie musiałem się uczyć, ponieważ wiedziałem, że wychowawca (nauczyciel wf.) pomoże mi awansować do kolejnej klasy. Wykorzystywałem ten układ skwapliwie. Miałem wielkie marzenie być wybitnym sportowcem. Dlatego trenowałem dużo i rzetelnie, poświęcałem się sportowi bezgranicznie.

Po zakończeniu edukacji podstawowej podjąłem naukę w zasadniczej szkole zawodowej. Miałem być ślusarzem spawaczem… – miałem…

Niestety, brak zainteresowania moimi dotychczasowymi wynikami sportowymi u tamtejszego nauczyciela wf. sprawił, że nie potrafiłem odnaleźć się w trudnej dla mnie sytuacji, ponieważ to, co było moją pasją i miłością, zostało całkowicie zlekceważone. Byłem jeszcze niedojrzały emocjonalnie, dlatego nie potrafiłem sobie z tą sytuacją poradzić. Nagły brak możliwości realizowania się sprawił, że nie wiedziałem, jak mam poradzić sobie z buzującą adrenaliną. Nie potrafiłem się odnaleźć w świcie bez zawodów, treningów, rywalizacji. To przełożyło się również na brak zainteresowania innymi przedmiotami, a w konsekwencji i szkołą.    

Miałem plan, choć nie był on skonkretyzowany Jednak wiedziałem, że muszę poszukać wrażeń gdzie indziej. Poprosiłem rodziców o zezwolenie na wstawienia zamka w drzwiach swojego pokoju. Wieczorami wychodziłem przez okno parterowego mieszkania na podwórko, gdzie się szwendałem w poszukiwaniu nieskonkretyzowanych wrażeń. Hasło brzmiało: „oby coś się działo”. Coś co przyniesie mi ulgę.

Zew moich potrzeb został wysłuchany. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Popadłem w złe towarzystwo majaczące w ciemnych zaułkach mojej dzielnicy. Recydywiści, pijacy, degeneraci, kajdaniarze – standard. Przygarnęli przybłędę w swoje szeregi, objaśniając zasady, którymi kierowała się ulica. 

Przystałem na ich warunki. Ponieważ dawało mi to możliwość rywalizacji. Zacząłem występować w złych zawodach. Pierwsze przestępstwa, co prawda, nie były w zgodzie z tym, czego uczyli mnie w domu, jednak dawały ukojenie skołatanemu ego. Dlatego opory moralne szybko zostały przełamane, w czym niemały udział miały podszepty i przekonywania nowych znajomych.

Nim zostałem aresztowany pierwszy raz byłem już znacznie zdemoralizowanym wyrostkiem mającym na sumieniu wiele przewinień i przestępstw. Palącym papierosy i degustującym tanie wina.  

W wieku 16 lat zostałem zatrzymany przez milicję i osadzony w izbie dziecka.

Zrywka

W pierwszy dzień po aresztowaniu w Izbie Dziecka umówiłem się z kolegą z celi – Danielkiem, że uciekniemy. Droga była tylko jedna: w nocy obezwładnić milicjanta, który miał w tamtym dniu dyżur. Ustaliwszy doskonały plan, przystąpiliśmy do jego realizacji. Około godz. 22.00 waliłem w drzwi celi na tyle silnie, że niebawem zjawił się milicjant – Filip (do dziś pamiętam jego imię) – mający tej nocy wachtę. Zacząłem symulować chorobę, funkcjonariusz otworzył drzwi, by sprawdzić, co się stało, a ja, korzystając z okazji i realizując wcześniej ustalone szczegóły brawurowej ucieczki, rzuciłem się na niego, aby go obezwładnić i odebrać klucze, by otworzyć kraty, które dzieliły nas od tak upragnionej wolności.

Niestety różnica wagi (120 kg – 55kg), a co za tym idzie siły, była mocno na moją niekorzyść, w wyniku czego zostałem szybko spacyfikowany i wrzucony z powrotem do celi. Danielek, który wedle planu miał mnie wspierać fizycznie, przytrzymując jedną rękę milicjanta, ze strachu nie drgnął. Z ucieczki sromotna klapa. Rano niespodziewanie wpadła brygada ZOMO w bojowym rynsztunku: kaski z przyłbicami, tarcze, psy, gumy sztormówki. W akcie manifestacji siły tak mocno mnie pobili, że po dzień dzisiejszy odczuwam tego skutki.

Po wszystkim zamknęli mnie w celi izolacyjnej, rozebrali i uchylili okno tak, bym nie mógł go zamknąć, a był wtedy luty, bardzo zimno. Wymiotowałem krwią, krew też była w moim moczu i wtedy pierwszy raz w życiu poczułem smak śmierci. Leżałem na podłodze, cały obolały, siniejąc z zimna. Pomocy znikąd – byłem przekonany, że wyzionę ducha. Dochodziłem do siebie dwa tygodnie. Potem przewieziono mnie do poprawczaka.

Kajdanowo – Zakład Poprawczy w Głogowie

W poprawczaku już pierwszego dnia próbowałem uciec, za co zostałem ponownie pobity i wylądowałem w izolatce. Po odbyciu kary zostałem przeniesiony na oddział, gdzie nastąpiła moja błyskawiczna demoralizacja. To miejsce jest przerażającą fabryką społecznych wyrzutków, chłopaków z patologicznych rodzin, bitych, molestowanych, żyjących samopas od najmłodszych lat. Dzieciaków, które tylko z filmów znały miłość.  Najgorszych z najgorszych. Tatuaże, sznyty, więzienne piosenki, bicie, samouszkodzenia, presja, niezdrowa rywalizacja, przekleństwa, jakich nigdy dotąd nie słyszałem, cwaniactwo, wyrachowanie, przebiegłość. Szybko uczyłem się radzenia sobie w tym okrutnym świecie.

Byli zaworem bezpieczeństwa dla dorosłych, którzy nie potrafili poradzić sobie z życiem. Smutek, żal, ból, niezrozumienie, samotność, niesprawiedliwość były tam codziennością.

Mnóstwo agresji i przemocy – byłem bity i ja, biłem innych. Już po kilku miesiącach tak niefortunnie uderzyłem kolegę, że ten trafił do szpitala z objawami niedotlenienia mózgu. Miano mi postawić zarzut usiłowania zabójstwa, jednak zakończyło się umieszczeniem mnie w grupie karnej.

To był dla mnie bardzo trudny czas, w którym poznałem życie od podszewki. Świat, którego istnienia nigdy sobie nie wyobrażałem. Mimo potężnej presji i braku przysposobienia w domu rodzinnym do życia w tak okrutnym środowisku, poradziłem sobie dzięki sportowemu uporowi, zawziętości, sile, bezwzględności. Szybko zrozumiałem: „albo oni mnie, albo ja ich”. Byłem zmuszony bardzo szybko dorosnąć lub się załamać. Dorosłem.

Przez wiele późniejszych lat na mojej drodze pojawiali się chłopcy poznani wtedy tam w „kajdanowie”. Okrutne życie bezwzględnie ich dziesiątkowało. Niepotrafiący wyrwać się z pętli zła, wpisani przez społeczeństwo na zarezerwowane dla nich miejsce na marginesie życia, z wypalonym piętnem skazańca: „jednostka aspołeczna, socjopatyczna, uporczywie niepoddająca się resocjalizacji”. Tak najczęściej widniało w aktach. A naprawdę największą ich winą było to, że urodzili się w takiej, a nie innej rodzinie, czasami w więzieniu, nigdy nie poznawszy ojca lub matki, która często się ich wyrzekała. Próbowali walczyć, być tacy jak wszyscy, lecz tylko nielicznym to się udało. Szczeniaki, którymi nikt się nie interesował, nikt nie mówił im, co jest dobre, a co złe, a nawet jak mówił, to sam przeważnie robił co innego. W ich życiu zadowolenie rodziców (jeśli już byli) podyktowane było pełnym szkłem. A potem trzeba było uciekać z domu, bo stary katował matkę. 

Bramy, pustostany, meliny były ich domami, a pijani kryminaliści – nauczycielami. W poprawczaku (dobrze) odrobiłem lekcję nienawiści i wyrachowania. Zdemoralizowany do cna wyszedłem na wolność, którą cieszyłem się zaledwie… miesiąc… 

Pucha

Po rocznym pobycie w kajdanowe, na wolności przebywałem zaledwie miesiąc! Pełen agresji i buntu uruchomiłem znajomości z poprawczaka. Skrzyknąłem paczkę kolegów, z którymi ruszyłem śladami wielkich gangsterów, będących dla nas niedoścignionymi autorytetami. Mocno zagłuszone sumienie niewiele mi wyrzucało. Odważni, dumni, silni, z ugodzoną ambicją byliśmy gotowi podbić świat.

Ukończywszy zaledwie siedemnasty rok życia, za poważniejsze już przestępstwa trafiłem do Zakładu Karnego we Wrocławiu. Podczas komisji weryfikacyjnej dyrektor przywitał mnie tymi słowy: „Zapoznawszy się z twoimi aktami z zakładu poprawczego, biorąc pod uwagę twoją głęboką demoralizację, kieruję cię na oddział dla recydywy, już oni tam ciebie wychowają… Wyjść!”.

Prowadzony przez „klawisza” więziennym korytarzem, w krainie tysiąca zamków i jednego klucza, nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym miejscu. Krzyki, szczękanie zamków, ujadające psy, nieustanne rewizje, wielkie gmachy o setkach cel, z malutkimi zakratowanymi oknami, przepełnione najgorszymi kryminalistami… Wszechobecna szarość, ponurość, zimno, półmrok, zaduch były przygnębiające. Przydzielono mi blaszaną miskę, szary koc, szare mydło i jedną szmatkę do miski, a drugą taka samą do ciała. I te drwiące, złowrogie spojrzenia…

Trafiłem do celi z wieloletnimi recydywistami. Ich zadaniem było mnie utemperować, a moim? – sam nie wiedziałem… Po prostu chciałem przeżyć.

To było początkiem mojej drogi ku „wyższej lidze”. Tutaj nie było zabawy, nikt nie brał jeńców. Albo walcz, albo giń…

Już w pierwszych tygodniach byłem świadkiem usiłowania samobójstwa więźnia w mojej celi, który na moich oczach podciął sobie gardło. Po kilku tygodniach kolejny powiesił się tuż przy mojej pryczy. Co rusz w łaźni ktoś był bezwzględnie skopany. Te zdarzenia uświadomiły mi, że żarty się skończyły.

Zaprawiony poprawczakiem szybko to zrozumiałem, dlatego już w pierwszy dzień rzuciłem palenie, którego nauczyłem się jeszcze przed poprawczakiem i zacząłem ćwiczyć. W celi siedziałem z podejrzanym o kilka morderstw, złodziejem i dwoma bandytami. Każdy z wieloletnim stażem za kratami. Każdy chciał rządzić, a ja chciałem tylko jakoś się  w tym wszystkim odnaleźć.

Od rana do późnej nocy, wielogodzinnymi zwierzeniami uczyli mnie swoich fachów, zasad zachowania w każdej sytuacji, grypsowania, walki, przetrwania. Byłem pojętnym uczniem, zdecydowanym, silnym, nieobliczalnym. Czułem się jak na wojnie: niemal codziennie miałem do czynienia z przemocą, śmiercią. Stawiając temu opór, umacniałem się. Powoli przywykałem do wszechobecnego kultu siły, samobójstw, gwałtów, bójek, samouszkodzeń, śmierci. Tam ludzkie życie miało mocno zaniżoną cenę. Kilku znajomych wstrzyknęło sobie wirus HIV. Inni podcinali sobie żyły, przedawkowywali leki, dokonywali wielu wymyślnych samouszkodzeń tylko po to, by odzyskać wolność. 

Na każdym kroku rywalizacja, z powodu, której, w każdej minucie mojego tam pobytu, mogłem zostać skopany, a nawet zabity za najmniejsze uchybienie czy odstępstwo. Nie miałem wyboru – musiałem podjąć walkę. W imię dbałości o statystyki, każde zło wyrządzane przez klawiszy czy to sobie wzajemnie przez skazanych było odpowiednio kolejno tuszowane. Znamy to z każdej dziedziny życia, z tą różnicą, że w więzieniu to o życie najczęściej chodziło.

Mury więzień skrywają najwięcej tragicznych tajemnic, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. To państwa w państwie – tam nie ma nikogo, komu można by się pożalić, a każdy objaw emocjonalnego uzewnętrznienia się jest odbierany jako słabość, która człowieka naraża na niespodziewany cios. Nawet ze strony najbliższych. Na tym ringu gladiatorów życia musiałem zawsze spać z otwartym jednym okiem, zawsze gotowy na odparcie niespodziewanego ataku, zawsze zwarty i czujny. Presja, stres, napięcie, nieprzespane noce. Nigdy nie wiedziałem, co może stać się jutro, za godzinę, za pięć minut. Moja sytuacja mogła zmienić się diametralnie w ciągu sekundy, a mimo to nie wolno było się poddać.

Z biegiem lat zobojętniałem na widok przemocy. Dzisiaj jesteś, jutro cię nie ma, recydywa powtarzała: „Małolat, przywykniesz”. Wtedy im nie wierzyłem, teraz wiem, że do wszystkiego można przywyknąć. Psychika to najsłabszy punkt! Nie wolno było się załamać! Kto upadał psychicznie, błyskawicznie podupadał na zdrowiu i stawał się żerem dla innych. Szybko to pojąłem, dlatego zamiast się nad tym rozwodzić, podjąłem walkę.

Rzetelnie przepracowałem swój pierwszy pobyt w puszce, z której wyszedłem o wiele gorszy: bardziej bezwzględny, silniejszy, sprytniejszy i oschły emocjonalnie. Nie bałem się krat, krwi, przemocy. Poznałem inne zasady, którymi chciałem się kierować w życiu. Zamiast lęku, refleksji, poczułem żądzę rywalizacji o bycie wielkim gangsterem, nie jakimś chuliganem czy złodziejaszkiem, nie chciałem osiadać na mieliźnie hierarchii przestępczej. Nic połowicznie, na pół gwizdka – jak brać, to wszystko. Nie po to zaczynałem, by poprzestawać w połowie drogi. Nie zadowalała mnie przeciętność, byłem gotowy podjąć najwyższe ryzyko, koszty nie grały roli.

Rozpocząłem działalność w zbrojnych grupach przestępczych. Walka o tereny, wpływy, wielką kasę, szybka i ostra gra na krawędzi sprawiły, że niedługo cieszyłem się wolnością. Jednak kolejny mój powrót do więzienia uświadomił mi, że wracam tam jak do swojego domu.  Niczego się nie bałem, a wręcz odwrotnie – to ja zacząłem budzić strach.

Ucieczka

1994 rok. Pod okna celi więziennej we Wrocławiu, gdzie przebywałem, podjechało kilka aut. Jeden z szefów konkurencyjnego gangu wykrzykiwał groźby pod moim adresem. Odebrałem to jako potwarz, rzuconą rękawicę, jednak byłem tam, gdzie byłem.

Postanowiłem uciec!

Własnoręcznie skonstruowałem pistolet, który chciałem przystawić sędziemu do głowy podczas rozprawy, na którą miałem być niebawem dowieziony. I w ten sposób, biorąc go za zakładnika, chciałem dokonać brawurowej ucieczki z sądu w Złotoryi.

Jedynie po to, by wyrównać rachunki. Ktoś mnie zakapował… Antyterror, łańcuchy, izolatka. Skończyło się tym, że przyznano mi status więźnia szczególnie niebezpiecznego, tzw. „N”. W tamtych latach we Wrocławiu było takich zaledwie dwóch. Jeden – vel „Diabeł”, za zabicie milicjanta i usiłowanie zabicia kolejnego. Drugi, chłopak o imieniu Piotrek – zabił żołnierza i miał na koncie ucieczkę z więzienia we Wrocławiu. Ja byłem tym trzecim. Wrażenia z tamtego czasu pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Niejednokrotnie budzę się z koszmarem tamtych wspomnień. Terror psychiczny i fizyczny, jakiemu zostałem wtedy poddany, wywarł potężne piętno na mojej psychice.

Był rok 1996. Po roku czasu przebywania w celi „N” we Wrocławiu zostałem przewieziony do więzienia w Wołowie.

To zakład karny znany w całej Polsce z tego, że odsiadują tam wyroki jedni z najniebezpieczniejszych przestępców. Czarna legenda tego więzienia wzbudzała we mnie dylematy. Jak sobie w nim poradzę? Byłem już dosyć znanym przestępcą, jednak pobyt w Wołowie to inna bajka. To w kuźni charakterów najwyższy szczebel. Po przyjeździe do Wołowa nie rozglądałem się na boki. Pierwsze swoje kroki skierowałem na siłownię – treningi siłowe, boks i karate. W przeciągu zaledwie dwóch lat, dzięki zawziętości i uporowi, stałem się tam najsilniejszym więźniem. Pokonałem nawet tych, którzy ćwiczyli po kilkanaście lat. Bez zażywania sterydów czy jakichkolwiek odżywek na sztandze wyciskałem 190 kg. Zgredy z recydywy zwrócili na mnie swoją uwagę: zapoznali się z moją historią, posłuchali ludzi, którzy za mnie poręczyli, prześledzili moją dotychczasową „nieskazitelną” drogę wojownika i postanowili obdarzyć swoim zaufaniem.

Wynikiem było to, że po opuszczeniu przeze mnie ZK Wołów w 1998 roku zaproszono mnie, dzięki odpowiednim protekcjom z Wołowa, na spotkanie ważniejszych gangsterów w Polsce, które miało miejsce po walce Andrzeja Gołoty z Timem Witherspooem 2.10.1998 we Wrocławiu. Walka miała miejsce w Hali Stulecia, z dwunastoma milionami widzów przed TV. (Ponoć gangsterzy otrzymali 100 tys. okupu zł za to tylko, aby nie popsuli tego widowiska wyłączeniem prądu.) O tym dowiedziałem się później, dużo później. Poznałem wtedy Pershinga i innych znanych w Polsce gangsterów.  To był moment przełomowy mojej kariery, bowiem wkroczyłem do pierwszej ligi. Awansowałem kolejno z chuligana, bandziorka, na zawodowego przestępcę, czyli gangstera. Zanim do tego doszło, musiałem przejść długą drogę, jednak dopiąłem swego. Marzenia z młodości, kiedy to zostałem zainfekowany złym bakcylem, spełniły się.

Zaczęły się poważne interesy, nauczyłem się czerpać korzyści z szarej strefy, w której działałem. Zarabiałem m.in. na tym, kim jestem.  Moje nazwisko stało się marką. Kupiłem sobie Mercedesa S, dobry garnitur, złoty zegarek, zacząłem inwestować w nieruchomości. Już w roku 2001 moje zarobki oscylowały w kwotach około kilkudziesięciu tys. zł miesięcznie. Założyłem swoją plantację marihuany, a właściciele lokali płacili mi za to tylko, że w nich bywałem. Czułem się jak król życia, spełniały się moje marzenia!  Wszędzie wstęp za darmo, zastawione stoły, wszystko, co było, było najlepsze. Ludzie obnosili się z tym, że mnie znają. Miałem dwadzieścia kilka lat, a mimo to, kiedy jechałem gdzieś na spotkanie, gdzie trzeba było ustalić strefy wpływów, liczono się ze mną. Byłem brawurowy i nieobliczalny. To mnie kręciło, jednak miało też swoją cenę…

W swoim mercedesie (zresztą nie tylko, ponieważ posiadłem kilka aut) pod siedzeniem, na którym nierzadko siedziały najpiękniejsze dziewczyny, miałem ukryty pistolet. Rzadko rozstawałem się z bronią. Doszło do kilku zamachów na moje życie. Zrozumiałem, że nie jestem jedynym szczupakiem w tym stawie. Choć zawsze mogłem liczyć na pomoc, to było to uwarunkowane tym, że nieustannie musiałem się wykazywać jako ten najlepszy, bezwzględny, nieobliczalny – a to kosztowało.

Płaciłem za to wysoką cenę: wódkę piłem litrami, czasem brałem narkotyki, nie przesypiałem nocy, żyłem w nieustannym napięciu, na krawędzi. To wszystko odbijało się na mojej psychice. Kilka telefonów komórkowych, które dzwoniły niemal bez przerwy, zawsze coś się działo, niekoniecznie dobrego. Trzy dni w tygodniu chodziłem na siłownię, a kolejne trzy piłem. Nie wiedzieć kiedy zapętliłem się w sytuację, z której nie widziałem wyjścia, a właściwie to nawet go nie szukałem. Nie znałem innego świata, więc nie wyobrażałem siebie, że można inaczej.

Pierwsze zlecenie

Podczas jednej z imprez w Warszawie w Marriotcie, podszedł do mnie mój przyjaciel Karolek i zaproponował za dobrą kasę „odpalenie” Superola. Zdziwiłem się, ponieważ Superol był naszym przyjacielem – przynajmniej ja go za takiego uważałem. Odmówiłem, potem jednak takich propozycji było więcej: żeby porwać koledze dziecko dla okupu, oszukać, okraść, przewalić, zabić, wymusić, a najgorsze w tym wszystkim było to, że swój swojemu, a ja byłem uczony czego innego. Zasady, które wpojono mi w poprawczaku i więzieniu, mówiły jasno. Nigdy nie wolno było wyrządzać świństw swojakom. I tego się trzymałem.  

Zastanawiałem się: „Czy czegoś nie przeoczyłem?”, „Czy czegoś nie zrozumiałem?” lub „Czy coś mi po drodze umknęło?”.  Jednak nie, wszystko na to wskazywało, że wielki świat, ku któremu dążyłem całą młodość, świat zasad, wzajemnego szacunku, okazał się jednym wieki bagnem. Im ktoś był większym świntuchem, tym lepiej. Liczyła się tyko kasa, siła i układy. Bezwzględność, zero sentymentów, a wszystkie zasady, którym hołubiłem od dzieciństwa, nic tutaj nie znaczyły.  Czułem się bardzo zawiedziony i zdezorientowany.

Kiedy zaczynałem swoją przestępczą karierę na podwórkowych ławeczkach, za czasów komuny, starzy recydywiści „podkręcali” mi zasady, których nigdy nie wolno było mi złamać. Mówili: „Małolat, pamiętaj, nigdy ci nie wolno okraść kobiety w ciąży, osób z niepełnosprawnością, niedołężnych, kościołów, księży i cmentarzy. Nie wolno gnoić na swoim podwórku, sięgać łapą po żonę przyjaciela ani krzywdzić rodzin, nawet wrogów. To są nasze świętości i tego ci tknąć nie wolno. Nie przewalaj ziomków, nie okłamuj przyjaciół bądź fair względem wspólników, nie kapuj, bądź twardy, sztywny nieugięty”. To był mój uliczny dekalog, którego rzetelnie przestrzegałem przez wszystkie te lata.

Musiałem ponownie dorosnąć, a w skład tego dorastania wchodziła wiedza o tym, że życie jest o wiele okrutniejsze, aniżeli się tego spodziewałem. Ktoś w którymś momencie mnie oszukał, niszcząc wielkie nienaganne ideały, których przestrzegała przestępcza elita.                   

W wielkim świecie okazało się, że to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Przełknąwszy gorzką pigułkę poznania, postanowiłem wycofać się z dużych interesów na rzecz regionalnych biznesików, jak to mówili wspólnicy: „Mniejszą łyżeczką, ale regularnie”. No i w swoim zaufanym gronie.

Rok 2005 – kolejne aresztowanie

Tym razem wszystko potoczyło się inaczej: poważne zarzuty, działanie w grupie zbrojnej, handel bronią, haracze, narkotyki. CBŚ wprowadziło do mojej grupy swoje wtyczki. Założyli – w miejscach, gdzie przebywałem – ukryte kamery i podsłuchy. Zarzuty były niepodważalne. Wylądowałem w Departamencie do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu. Tam policjanci z CBŚ przedstawili mi propozycję statusu świadka koronnego – odmówiłem. Na jednej szali leżał wyrok piętnastu lat więzienia, na drugiej – ochrona, nowe dane osobowe, spokojne życie w Hiszpanii, zachowanie całego majątku, jakiego się dorobiłem na przestępstwach, czyli gra o wszystko. Abym miał czas to przemyśleć, umieszczono mnie w ścisłej izolacji.

Odizolowany oddział, osobna pojedyncza cela, gdzie nie widziałem nikogo na oczy, w środku tej celi klatka – tak zwana tygrysówka. Spacery również w klatce, do której byłem prowadzany o świcie tak, bym nikogo przypadkiem nie widział. Taka forma presji psychicznej.

W celi tej trzymali mnie rok czasu i przyznam szczerze, że można było zwariować. Miałem w niej dosłownie policzony kurz. I ta wwiercająca się w głowę świadomość, że to już koniec. Groteskowe było w tym wszystkim to, że – prawdę mówiąc – odmawiając współpracy, sam podpisywałem na siebie wyrok. Jednak nie rozważałem tego zbyt długo. Starałem się znaleźć rozwiązanie alternatywne na te wszystkie długie trudne lata, które mnie czekały. Takie naiwne pocieszenie, że jakoś to będzie, że zdarzy się cud… Że inni przesiedzieli znacznie dłużej i jakoś poukładali sobie życie. Karmiłem się fikcją, jednak nie za bardzo mi to smakowało, ponieważ wiedziałem, jakie są realia. Czas za kratami rządził się swoimi prawami, był z gumy. No i ta powtarzalność pustych dni, w potrzasku której się znajdowałem.

Sen, zaproszenie, zrozumienie, skrucha, pokora, nawrócenie

W tej całej beznadziei rozkołatanych, fatalistycznych myśli, niespodziewanie przyśnił mi się sen, który odmienił moje życie. W śnie tym, poprzez odpowiednią inscenizację, zrozumiałą dla takiego odbiorcy jakim wtedy byłem, Pan Bóg wystosował do mnie zaproszenie i ja na to zaproszenie odpowiedziałem twierdząco – Tak! W świetle tego zrozumienia wszystko zdawało się jawić inne niż dotychczas. Moja nadzieja dostała kopa i zmartwychwstała.

Na skutek tego zdarzenia przeczytałem całą Biblię, Katechizm Kościoła Katolickiego oraz wiele innych religijnych książek. Wyspowiadałem się, przystąpiłem do Komunii św. i zacząłem życie jak nowo narodzony człowiek. Oświadczyłem wszem i wobec, że wycofuję się z życia przestępczego. Wzbudziło to niemałą sensację w półświatku. Jednak tak jak bardzo starałem się być rzetelnym bandytą, tak samo potem starałem się być rzetelnym katolikiem. Wróciłem na łono rodziny Kościoła katolickiego, który przyjął mnie niczym syna marnotrawnego. To był początek nowej, jak się potem okazało, o wiele trudniejszej, jednak bardziej obfitej drogi.

Pielgrzymka

W roku 2010 opuściłem Zakład Karny w Jeleniej Górze. Jeden z wielu, które odwiedziłem przez te wszystkie lata spędzone za kratami.  Ten był ostatni. 

Tym razem, kiedy bramy więzienia z hukiem zatrzasnęły się za moimi plecami, złapałem głęboki haust powietrza: byłem innym człowiekiem. Spojrzałem na otaczający mnie świat z radością i optymizmem. 

Dotychczas, za każdym razem po wyjściu, skrzykiwałem kolegów, odświeżałem kontakty, wyjmowałem ze skrytki pistolet i robiłem to, do czego byłem przyuczony od młodości, do czego byłem szkolony w więzieniach przez te wszystkie lata.

Tym razem było inaczej. Pierwsze, co uczyniłem, to wyruszyłem na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Jedenaście dni maszerowania w dziękczynnej intencji nawrócenia, wśród ludzi, którzy zaznajomili mnie z innymi standardami życia. Byłem zaskoczony ich otwartością, uprzejmością, religijnością, pogodą ducha, wewnętrznym spokojem. Pokazali mi, że można żyć inaczej. Dzieliliśmy się doświadczeniami, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie. Zawarłem tam wtedy wiele przyjaźni, które trwają do dzisiaj.

Po powrocie do domu, pootwierałem szafy i szuflady, skrytki i wszystkie rzeczy, które mi zostały z „tamtego życia”, wyniosłem na śmietnik i porozdawałem ubogim. Wiedziałem, że chcąc wejść w nowe życie, muszę oczyścić się fizycznie i duchowo ze wszystkich złych zaszłości.  Wszyscy byli przekonani, że zwariowałem, spotykałem się z niezrozumieniem i niekończącymi się dywagacjami, ile potrwa moje szaleństwo.  

Przysłano mi wówczas pismo urzędowe nakazujące odpracowanie 40 godzin w Zieleni Miejskiej – była to zaległa kara za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu, nie pierwszą zresztą. Przewinienia tego dopuściłem się jeszcze przed aresztowaniem. Nie miałem wyjścia. Musiałem sprostać temu wyzwaniu i w mieście, gdzie wszyscy mnie znali, zostałem przydzielony do zamiatania ulic. Przychodzili znajomi i robili mi zdjęcia, szydząc za plecami. To było dla mnie trudne, upokarzające doświadczenie. Starzy kumple, widząc, co się dzieje, zaproponowali mi powrót do gangsterki, dużą kasę, lekkie życie. Na fali były bardzo intratne przestępstwa gospodarcze. Znałem to i nie powiem – było to kuszące, jednak odmówiłem. To była jedna z pierwszych poważnych propozycji powrotu na ciemną stronę, na którą nie przystałem. W kolejnych latach było ich coraz mniej – dzięki Bogu, nie uległem.

Podjąłem poszukiwania zatrudnienia, zarejestrowałem się w urzędzie pracy. Niestety, miałem małe szanse na znalezienie czegokolwiek, ponieważ byłem bez zawodu, doświadczenia, kwalifikacji, jakichkolwiek umiejętności, no i z całkowicie przechlapaną przeszłością.  Przychodziłem tylko po to, by podpisać listę, w zamian otrzymując ubezpieczenie.

W sezonie letnim znajdowałem zatrudnienie na budowach, w charakterze pomocnika, jednak było to zajęcie sezonowe. Nie było szans, bym się z tego utrzymał przez cały rok. Znajomi, którzy prowadzili prywatne działalności, nie chcąc mieć kłopotów, omijali mnie szerokim łukiem. Czułem się jak trędowaty. Ze starymi kumplami nie było o czym gadać, a nowych nie miałem.

Pisanie

Pewnego dnia usiadłem przy komputerze, poznałem, czym są portale społecznościowe i zacząłem tam umieszczać swoje publikacje. Takie domorosłe pisanie. Krok po kroku, dzień po dniu. Od słowa do zdania. Nie widziałem, po co to robię i czy to ma jakiś sens? Jednocześnie modliłem się do Pana Boga o światło, co mam w życiu robić. W którą stronę iść i z kim rozmawiać. Nie miałem pomysłu na siebie nowego. Gdyby ktoś dał mi pistolet, od razu wiedziałbym, co mam robić, ale kiedy sięgałem do kieszeni, znajdowałem w niej różaniec. I modliłem się, ufając, że ten stan zawieszenia wreszcie minie.  

Na początku mojego pisania były to małe formy, mimo to spotkały się z dużym aplauzem. Pisałem więcej i więcej, liczba polubień i udostępnień rosła.  Po jakimś czasie, zachęcany przez czytelników moich postów, postanowiłem napisać książkę. Potraktowałem sprawę bardzo poważnie i solidnie się do niej przygotowałem. Praca nad powieścią pt. „Wysłuchaj mnie, proszę…” trwała cztery lata.

Po tym czasie znalazłem na chybił trafił wydawnictwo (bardzo słabe). Zażądali za jej wydanie 16 tys. zł. Nie miałem pojęcia, skąd wziąć taką kwotę. Znajomi doradzali, bym poszukał sponsorów. Jednak nie chciałem. Podjąłem pracę na budowie, niestety to, co zarabiałem, ledwo starczało na życie. Kiedy odłożyłem na bilet, pojechałem do Anglii. Ufałem, że wtedy sprawy potoczą się dużo szybciej. Zarobię na wydanie i godne życie. Jednak bez znajomości języka angielskiego, bez zawodu i jakichkolwiek perspektyw, szybko wylądowałem na ulicy w roli bezdomnego, gdzie mieszkałem około trzech miesięcy.

Cudem znalazłem pracę na czarno, gdzie harowałem bardzo ciężko po dwanaście godzin za głodowe stawki. Z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej wycieńczony. Wtedy, postawiony pod murem, wyżaliłem się Panu Bogu. Stał się cud. Po około dwóch tygodniach pracowałem na lotnisku Heathrow, zarabiając około piętnastu funtów na godzinę. To spowodowało, że po kilku miesiącach zarobiłem na wydanie książki i wróciłem do Polski.

Kiedy książka ukazała się w księgarniach i przyszły pierwsze pozytywne recenzje, byłem bardzo szczęśliwy. Poczułem w sercu radość, uczucie, którego niemalże nie znałem.

Dzisiaj

Dzisiaj mieszkam w Sztokholmie, zajmuję się pisaniem. Niedawno ukończyłem drugą powieść pt. „GiT Samuraje”. Staram się być dobrym autorem. Poświęcam temu bardzo wiele czasu. Prawdopodobnie to jest droga, którą pokazał mi Pan Bóg.

Jednocześnie spełniam się w swoim powołaniu, którym jest dzielenie się swoim świadectwem głównie z więźniami. Mówienie im o Panu Bogu i o tym, że można inaczej, co widać no moim przykładzie.

Kiedy opowiadam swoją historię, często słyszę, że można by na jej podstawie nakręcić film! lub napisać dobrą książkę. Owszem, zgadzam się z tym, miałem bardzo burzliwe życie, jednak…

Spotkałem w nim również wielu twardzieli, którzy robili rzeczy, jakich ja bym się nie odważył, np. mocne samouszkodzenia. Potrafili oni przez lata nie wypowiedzieć ani słowa – byli notorycznie katowani do nieprzytomności lub wręcz torturowani i nie pękali. Poznałem wielu mocnych gangsterów, o których mało kto słyszał, ponieważ byli dyskretni. Wielu ludzi, którzy w imię zasad oddali swoje życie. Bossów, którzy, stojąc w cieniu, podejmowali decyzje wstrząsające przestępczym półświatkiem. Poznałem wiele mocnych i kontrowersyjnych postaci, o których po prostu nikt nigdy nie słyszał. W świetle tego wszystkiego nie uważam, żeby moja historia była szczególna. Jest po prostu moją historią, o której opowiadam, jednak w żadnym wypadku nie uważam się za znaczącą postać i nie jest to fałszywa skromność lub ukryta pycha.

Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nawet nie jestem świadomy tego, jak wielką szansę na odkupienie grzechów dał mi Pan Bóg. Życie wieczne jest najwyższą stawką, której nie można porównać z niczym innym. Dlatego ofiarowany mi czas staram się wykorzystać najlepiej jak potrafię. Współpracuję z bydgoskim Bractwem Więziennym Samarytania. Odwiedzam zakłady karne, poprawcze, domy dziecka. Świadczę o wielkim miłosierdziu Pana Boga, którego doświadczyłem i doświadczam na co dzień.

Rycerz Niepokalanej – Kwiecień 2019

„Zostałem skazany przez układ niedouczonych chamów”. Pisarz odsiaduje 25 lat za morderstwo

„Zostałem skazany przez układ niedouczonych chamów”. Pisarz odsiaduje 25 lat za morderstwo

Amok.
Pamiętam, kiedy do puchy „za głowę” wjechał Krystian Bala- autor książki pt. Amok. Powtarzał, że jest niewinny, że sędziowie nieuki skazały go bez dowodów itd.
To co robi sąd to jedno, ale jest jeszcze coś takiego jak „sąd wewnętrzny” czyli- rozkmina. Rozkmina jest to wewnętrzne działanie wśród złodziei mające na celu wyjaśnienie sprawy lub osoby. Rozkminę przeprowadzają zazwyczaj więźniowie należący do subkultury grypsujących po to, by mieć jasność z kim lub z czym mają do czynienia, ale nie tylko. Niegrypsujący również mogą dociekać z kim im przyjdzie dzielić celę, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi „ćwiara”- wyrok 25lat.
W świadomości ludzi z zewnątrz pokutuje pogląd, że w więzieniu wszyscy są niewinni, oczywiście chodzi tutaj o to co sami skazani rzekomo o sobie mówią, że wszyscy siedzą za niewinność…
Jednak nawet nie wiedzą jak bardzo się mylą i ja w tym artykule postaram się to wyjaśnić dlaczego.
O tyle o ile w Sądzie państwowym oskarżony ma prawo kłamać, rodzina oskarżonego ma prawo do odmowy wyjaśnień, a nierzadko również „nagina” fakty na korzyść oskarżonego.
Sąd może skazać kogoś na podstawie poszlak, jednak te poszlaki przeważnie są mocne. Nawet kiedy są to lewe zeznania świadków, to przecież dla sądu w świetle prawa jest to wystarczające.
Często też zdarza się, że wyroki są w zawieszeniu tak by wilk był syty i owca cała. Do czego zmierzam? Otóż kiedy podejrzany zostanie aresztowany, odsiedzi kilka lat w śledztwie, a z rozpraw będzie wynikało, że jest niewinny, wówczas sąd na podstawie „doświadczenia sądu” uznaje oskarżonego winnym i wymierza mu wyrok zaliczając na jego poczet to, co już odsiedział… Często skazany godzi się z tym, bo i tak idzie do domu a na dalsze szarpaniny z sądami nie ma siły ani kasy…
Podczas więziennej rozkminki sprawy mają się z goła inaczej.
Po pierwsze- złodzieje się znają, dobrze wiedzą kto jest kim, nierzadko od dziecka z jednego podwórka.
Po drugie- złodzieje nie wyrokują wyrokiem pozbawienia wolności, dlatego „wyjaśniany” nie ma powodu kłamać w sprawach karnych.
Po trzecie- kiedy złodziej okłamie drugiego złodzieja, natychmiast może mieć połamany nos i skończyć na samym dnie więziennej hierarchii.
W sądzie może kłamać, bo takie jest prawo, na spacerniku już nie…
Sam osobiście uczestniczyłem w wielu rozkminach gdzie okazywało się, że ktoś był niewinny, mimo tego dostawał wyrok sądowy (najczęściej za gwałty).
Raz była taka sytuacja, że chłopak dostał 12 lat za napad, którego nie dokonał.  Małolat od jakiegoś czasu zajmował się włamaniami do urzędów, skąd kradł komputery. Jednak nie mógł powiedzieć swojego alibi ponieważ w tym czasie był na włamaniu w innym mieście około 100 km dalej. Niestety nie był sam, nawet wybierając mniejsze zło czyli przyznanie się do włamania musiałby sypnąć wspólników. Głównym świadkiem oskarżenia był policjant, który powiedział, że to ktoś bardzo podobny do niego- wystarczyło. Gibałem z nim w celi. Po wyroku załamał się i zaczął brać psychotropy…
Kolejnym razem koleś dostał 15 lat wyroku za napad. Też był niewinny. Nie było dowodów tylko poszlaki i to bardzo słabe. Najśmieszniejsze w tym było to jak do naszej celi wjechał inny złodziej za kradzież samochodu i w prywatnych rozmowach przyznał się nam, że to on dokonał tego napadu, ale przecież nie przyzna się w sądzie do napadu gdzie dostałby 15 lat, tylko po to by kogoś nie skazali na lewo… Trudno, w fachu przestępcy trzeba się liczyć z takimi zdarzeniami- ryzyko zawodowe.
Miałem w swojej „karierze” do czynienia z kilkunastoma podobnymi przypadkami.
Nie raz widziałem jak złodzieje brali na siebie dobrowolnie przestępstwa,których nie dokonali, bo tak się umówili z policjantami, którzy szepnęli prokuratorowi, żeby wnioskował o mały wyrok i takim sposobem każdy był zadowolony… Policjanci zamykali zdarzenia, rosła wykrywalność, prokurator miał wygrane rozprawy, nierzadko ze skróconym procesem, a złodziej wyłapywał w miarę łagodny wyrok mimo, że brał na siebie więcej „włamów”.
Na więziennym spacerniku nikt nie da robić z siebie durnia. Złodzieje nie są obwarowani przepisami prawnymi, które niejednokrotnie uniemożliwiają zbadanie sprawy. Na spacerniku gada się jak jest, oczywiście są wyjątki, kiedy po prostu nikogo nie interesuje czy dany „pacjent” zrobił to czy nie, zwłaszcza kiedy chodzi o głowę. Do sądu zazwyczaj jedzie się kilka razy w roku. A w celi jest się cały czas w kilku, całą dobę, razy lata… Więc ciężko jest by czegoś  nie wiedzieć, tym bardziej, że recydywa nie jest w ciemnie bita. Każdą sprawę rozmienia się tak jakby dotyczyła ona mnie prywatnie, a nie kogoś tam, tylko mnie tu i teraz. W sądzie jest jeden sędzia i dwóch ławników, na spacerniku czasami kilkudziesięciu złodziei prowadzi rozkminkę, a bywa, że uczestniczy w niej kilkaset osób z kilku „puszek”.  
Dlatego nie ma miejsca na granie wariata, a takie powiedzonko, że w więzieniu wszyscy siedzą niewinni na pewno nie funkcjonuje wśród złodziei…  
Owszem zdarzają się wyjątki, jednak one potwierdzają regułę.
Więcej widziałem pomyłek w wyrokach sądowych niż w prawilnych rozkminkach więziennych.
Jest coś takiego jak materiał operacyjny czyli wiedza policji na dany temat nierzadko z wielu źródeł. Jednak brak im dowodów na przedstawienie sprawy prokuratorowi.
Złodziejom taka wiedza wystarczy, dlatego kiedy wjechał Krystian Bala do puchy, to recydywa nie głowiła się czy on jest winny tylko dlaczego, skoro uważa się za takiego inteligenta narobił tyle prostych „buraków”?