Menedżer – Monika Krzebietka +48 511 751 153 m.krzebietka@gmail.com
Listonoszka- Czy mogłem zapobiec tej tragedii?!

Listonoszka- Czy mogłem zapobiec tej tragedii?!

 

Latem roku 2003 zostałem zaproszony do znajomej na grilla. Zadzwoniła ot tak i mówi przyjedź będzie wyżera! A że ja na wyżerkę łakomy to już niecałą godzinę później siedziałem w aucie i mocno naginając przepisy, sunąłem dziurawymi Legnickimi ulicami pod wskazany adres.  Rześki poranek i bezchmurne niebo zapowiadało piękną niedzielę.

W pobliskiej kwiaciarni dla pani domu kupiłem żółte tulipany, w monopolowym białe wino i tak zaprowiantowany stanąłem przed bramką wejściową okazałej willi. Impreza odbywała się w ogrodzie na tyłach domu, gdzie mieszkała Ela.

Po wstępnych uprzejmościach, lakonicznych rozmowach w gronie kilku znajomych przy suto zastawionym stole, zjadłem obfitą porcję karkówki, którą zapiłem zimnym piwkiem.  Zdjąłem letnią marynarkę, obtarłem chusteczką tłustą japę i uprzednio przeganiając z leżaka wylegującego się na nim opasłego kocura „Bacę”, uwaliłem się ociężale na wygodnym siedzisku. W cieniu bujnych tuj stanowiących granice działki było bardzo przyjemnie…

Dzień wolny, obowiązki nie wzywały, dlatego miałem spokojną głowę. Telefony zostawiłem w domu.  patrzyłem rozmarzonym wzrokiem w niebo po którym snuły się leniwie lekkie obłoki. Ptaki ćwierkały, szumiała woda ze zraszaczy ogrodowych. Gwar rozmów przycichł rozleniwione towarzystwo porozsiadało się wygodnie na upatrzonych miejscach i z przymrużonymi oczyma dryfowali w myślach.

Nic nie zapowiadało tego co się stało niedługo później…

Około południa Elę odwiedziła jej znajoma. Kobieta w średnim wieku, bardzo skromnie wyglądająca starała się za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Ukłoniła się na przywitanie nieśmiało kiwając głową po czym obydwie z Elą usiadły na ławce w głębi ogrodu. Rozmawiały o czymś żywiołowo, jednak to nie zaprzątało mojej uwagi.

Ela w pewnym momencie jak oparzona poderwała się z ławki i ruszyła w moją stronę. Widać było, że jest wkurzona. Kobieta przytrzymała ją za rękę, tak jakby chciała ją powstrzymać.

Pomyślałem sobie „babskie ploteczki”. Ela wyszarpując ramię uwolniła się z uścisku, szybkim krokiem podeszła do mnie i z zakłopotaną miną zapytała czy mógłbym porozmawiać z jej znajomą? Spojrzałem nieco zdziwiony na kobietę, tamta zawstydzona odwróciła głowę.

Zdziwiła mnie ta prośba, pierwsze co mi przyszło na myśl to co taka (zwyczajna) kobieta może ode mnie chcieć?

Jednak przystałem na prośbę Eli, niechętnie dźwignąłem się z legowiska i podszedłem do nieznajomej z ciekawością się je przyglądając. Usztywniła się. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Przedstawiłem się grzecznie i zapytałem czy chce porozmawiać? Odpowiedziała ledwo słyszalnie, że nie chciała mi zawracać głowy, ale Ela ją przymusiła. Zapytałem czy mogę usiąść?

– Oczywiście proszę – odpowiedziała, uprzejmie się uśmiechnąwszy.

Sytuacja była niecodzienna. Kobieta miała około 45 lat. Była do bólu skromnie ubrana. Zażenowanie, które było wyczuwalne na odległość próbowała wyładować skubiąc rękaw beżowego sweterka, w który była ubrana.

Były to czasy mojej niechlubnej kariery przestępcy, kiedy zajmowałem się przede wszystkim wymuszeniami i odzyskiwaniem długów, co wiązało się często z rozmowami z różnymi ludźmi na różne sposoby. Miałem w tym doświadczenie i wprawę, dlatego pozwoliłem kobiecie złapać oddech i dojść do siebie. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest roztrzęsiona. Siedziałem w milczeniu wpatrując się w koronę bujnej czereśni pod którą siedzieliśmy. Czekałem aż zbierze się na odwagę. W tym momencie w sukurs koleżance przyszła Ela.

– I co powiedziałaś mu?!

Kobieta nawet na nią nie patrząc kiwnęła przecząco głową.

Pomyślałem sobie, o co w tym wszystkim chodzi?

– Halinka jest sama i nie potrafi poradzić sobie z synem, robi jej z życia gehennę! – wyrzuciła z siebie Ela.

Zapadła niezręczna cisza. Patrzyłem na panią Halinę szukając potwierdzenia tego, co powiedziała gospodyni.

– No powiedz mu! – Przynaglała Ela. – Kradnie jej z domu i…

– Dobrze powiem sama! – nieznajoma przerwała milczenie. Spoglądając na mnie z zażenowaniem.

Widać było ile ją to kosztuje trudu. Zauważyłem, że jej oczy były zaszklone od łez. Zrozumiałem, że dusi w sobie cierpienie. Znałem ten stan, jednak milczałem. Uważałem, że potrzebuje czasu zresztą mi też nigdzie się nie spieszyło.

Ela widząc, że kobieta walczy by się przełamać, zrozumiała sytuację.

– Dobrze to ja was zostawię – po czym poszła doglądać grilla.

Po chwili pani Halina ukradkiem przetarła łzy. Rozejrzała się czy nikt na nas nie patrzy. Spojrzała na mnie po czym ponownie spuściła wzrok wbijając go w trawnik. Odchrząknęła. Zrozumiałem, że nabrała śmiałości, by zacząć mówić.

– Panie Pawle –  konwulsyjnie łapała powietrze. Wyjęła z kieszeni bezrękawnika chusteczkę, którą zaczęła miętosić w dłoniach.

– Mam syna, sama go wychowuję, jego ojciec jest marynarzem, zostawił nas jak Marcin był mały. Jestem listonoszką, zarabiam skromnie i sama go wychowuję jak najlepiej potrafię. Staram się, żeby niczego mu nie brakowało. Ja sama potrzebuję niewiele, tak zostałam wychowana.

Kocham moje dziecko… – westchnęła głęboko  – Starałam się go ukształtować na dobrego człowieka. Ale wie pan jak to jest. Samotnej kobiecie nie jest łatwo. Niestety, kiedy zaczął dorastać jest coraz gorzej. Brak ojca daje się we znaki… Wpadł w złe towarzystwo. Zaczął do mnie pyskować, czego nigdy wcześniej nie było. Ukradł mi kartę bankomatową i wybrał wszystkie oszczędności. Było tego niewiele, ale co ja z takiej wypłaty mogłam odłożyć? Sam pan rozumie… Zapewniałam mu wszystko czego potrzebował ale kiedy dorósł miał coraz większe oczekiwania, a co ja biedna mogłam?

Ojciec nic nam nie pomaga… Po tej kradzieży wybuchła awantura, rzucił się na mnie, a ja przecież mu tylko chciałam uświadomić, że szkodzi nam oboje. Podejrzewam, że popija alkohol i być może bierze jakieś narkotyki, bo czasami zachowuje się dosłownie zwierzęco. Nie poznaję własnego dziecka, nie rozumiem co się dzieje?  Kilka dni temu ukradł mi kluczyki od naszego malucha i spowodował stłuczkę. Musiałam zgłosić sprawę na Policję. A jakby kogoś zabił, co ja bym wtedy zrobiła? Przecież mam go jedynego?

Teraz nie mamy nic, ani samochodu, chociaż on był niewiele warty, ale zawsze to jakoś inaczej coś ciężkiego przewieść. No i żadnych oszczędności. Nie daj Bóg coś by się stało, pomocy znikąd.  Ale to nie jest najgorsze… Człowiek nie raz żył w trudnych warunkach, jak nie było za co chleba kupić, pożyczało się od sąsiadów cukier i herbatę… Jednak nigdy się nie skarżyłam.

Najgorsze jest to, że on do mnie rzuca się z rękoma, a to już przecież dorosły mężczyzna.

Panie Pawle, ja nie wiem co w niego wstąpiło? Kocham go i nigdy nie chciałam dla niego źle, ale ja już po prostu nie daję sobie z nim rady. Jest silniejszy ode mnie i coraz częściej dochodzi do rękoczynów. Wykręca mi ręce, popycha nie ma z nim rozmowy, tylko wyzwiska i krzyki.

Kiedy opowiadała mi o tym wszystkim, przyglądałem się jej twarzy. Wyrażała ona tak wiele. Wypisane na niej było cierpienie, rozpacz, gorycz wszystkie uczucia związanie z niezrozumieniem. Podkrążone sine oczy i pogłębione zmarszczki, najwyraźniej z niewyspania. Mówiła nerwowo, nieco chaotycznie, często łapiąc głęboki oddech. Spoglądała na mnie rozżalona szukając w moich oczach odpowiedzi na pytanie- dlaczego?

Kiedy popatrzyłem na nią innym wzrokiem, posiadając wiedzę, którą mi wyjawiła, moim oczom ukazała się zmaltretowana, wyczerpana, na skraju załamania nerwowego kobieta rozpaczliwie szukająca ratunku. Kompletnie nie pasowała do całego naszego wygodnego i zblazowanego towarzystwa. W tą piękną niedzielę kiedy my wypoczywaliśmy, ona przeżywała cichy dramat. O którym do tej pory nikt nie wiedział.

Co za niesprawiedliwość pomyślałem. Mi, wypasionemu i najedzonemu byczkowi nikt nie wchodził w drogę, a ona… Która ciężką pracą wykarmiła syna jedynaka, teraz z jego ręki odbiera cierniową podziękę.

Zanim skończyła mi o tym wszystkim mówić wiedziałem jaka będzie moja odpowiedz. Znałem takie i podobne sytuacje. Wiedziałem, że synalek na tyle się zagalopował, że tylko silny wstrząs może go oprzytomnić. Miałem kilka podobnych interwencji na koncie. Z doświadczenia wiedziałem, że połowiczne środki tylko mogłyby pogorszyć sytuację. Musiałem zaproponować mocne działania, tylko po to, by ją samą chronić przed kimś, kogo tak bardzo kocha, jednak nie widziałem innego wyjścia. W takich sytuacjach nie byłem zwolennikiem dyplomacji. Zresztą ja nie byłem od dyplomacji…

Kiedy skończyła mówić, zapadła cisza. Odczekałem, żeby nieco ochłonęła zanim jej powiem to, co powiedzieć musiałem.

Dopiłem kawę, którą między czasie przyniosła nam Ela. Spojrzałem na nią kątem oka. Siedziała miętoląc w dłoniach chusteczkę z zawieszonym w próżnie wzrokiem, jakby nieobecna.

– Proszę panią… Znam się trochę na tym… – drgnęła głową jakby budząc się z letargu.

– Zdaję sobie sprawę, że mój punkt widzenia nie każdemu może się podobać, jednak moje działania są sprawdzone w praktyce. Ostateczna decyzja będzie należała do Pani. Powiem szczerze, że nigdy nie biorę zleceń rodzinnych. Po prostu z zasady nie mieszam się w takie sprawy, ale ze względu że jest pani znajomą mojej koleżanki Eli, zrobię wyjątek. I nie potraktuję tego jak zlecenie tylko przysługą bo nie wezmę za to ani grosza.

– Dziękuję – powiedziała cicho, przenosząc wdzięczy wzrok na Elę, która w tym czasie krzątała się przy stole.

– Nie widzę innego wyjścia jak tylko takie, żeby pani synowi porządnie wpieprzyć.

Spojrzała na mnie jakbym ją uderzył. Nie zrażony tym kontynuowałem.

Problem jest w tym, że sprawy zaszły na tyle daleko, że na moje oko lekkie natarganie uszu nie za bardzo pomoże, a nawet i mogłoby pogorszyć i tak już nieciekawą sytuację.

– Więc co pan proponuje? Co znaczy porządnie wpieprzyć? Bo wie pan, ja na syna nigdy ręki nie podniosłam…

– Może i stąd te problemy –  pomyślałem.

Była pani na policji, u lekarza i nic nie pomogło. Ja zdaję sobie sprawę, że do takich jak ja ludzie przychodzą najczęściej dopiero wtedy kiedy wszystko inne zawiodło, ale niech mnie pani też zrozumie. Pani syn jest praworządnym obywatelem, może pójść na Policję zgłosić sprawę i ja pójdę siedzieć.

– Więc co pan proponuje? – dopytywała.

– Spuszczenie mu porządnego łomotu łącznie z wywiezieniem do lasu i nastraszeniem. Zresztą ja się na tym znam i wiem, jak to zrobić. Tylko od pani zależy czy na to pójdzie czy nie? Oczywiście tak jak powiedziałem zrobię to po znajomości.

Kobieta spojrzała mi w oczy jakby nieco wystraszona, po czym rozejrzała się na boki najprawdopodobniej szukając podpowiedzi co ma zrobić? Widać było, że walczy sama z sobą. W takich momentach w sercu matki toczy się wojna.

– Wie pan co… Ja naprawdę przepraszam. Wstała nieco niezdarnie – ale ja się jeszcze z tym wstrzymam, dobrze? Może on się jeszcze zmieni, poprawi? Rozumie mnie pan? Chyba się na mnie pan nie gniewa?

Zrozumiałem, że wygrała miłość.

Znałem te śpiewki, nie liczyłem, że od razu się zgodzi. Jednak w duchu przeczuwałem, że to nie ostatnie nasze spotkanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak bardzo się myliłem…

– Proszę panią, oczywiście że się nie gniewam a nawet rozumiem. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Jednak wie pani co… Tak na przyszłość…

– Słucham?

– Niech pani wie, że jeśli nic się nie zmieni i spotkamy się ponownie to chciałbym żeby była pani świadoma, że nie będę negocjował.

– Czyli?

– Czyli to, co będę musiał zrobić, zrobię tak, żeby pani nie próbowała modyfikować moich planów ok?

– Czyli to co będę musiał zrobić zrobię. Tak żeby pani nie próbowała modyfikować moich planów ok?

– Tak rozumiem, będę o tym pamiętała. Bardzo panu dziękuję za rozmowę. – Powiedziała z wyraźnym zażenowaniem w głosie. Popatrzyła na mnie, jakby chciała zapytać, czy może odejść?

– Jeszcze raz bardzo panu dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że się pan na mnie nie obraził. Rozumie mnie pan? Jestem matką…

– Oczywiście, że rozumiem – odpowiedziałem, jednak w głębi serca współczułem tej kobiecie. Znałem takie sytuacje z poprawczaka czy więzienia i wiedziałem, że samo nic się nie naprawi, tylko będzie gorzej. Chłopak poczuł słaby punkt, żer i nie odpuści. Sprawa była już zgłoszona na Policji, w Sądzie i nic nie pomogło. Zresztą ja sam nie byłem terapeutą i w tamtym czasie nie widziałem innego rozwiązania poza tym, które zaproponowałem. Podświadomie wiedziałem, że to nie koniec jednak takiego końca jaki niebawem nastąpił nigdy bym nie przypuszczał.

Do dziś dnia mam przed oczyma skromną Panią Halinkę i zastanawiam się, co by było gdyby wtedy powiedziała – ZGADZAM SIĘ…

Paweł Cwynar

(tekst do artykułu w linku poniżej).

Opatrzność. – Otarłem się o śmierć.

Opatrzność. – Otarłem się o śmierć.

Pierwsza fucha.

Kiedy w roku 98 mając 26 lat stanąłem po drugiej stronie muru okalającego więzienie w Wołowie nie miałem planu co z sobą począć. Bez zawodu, wykształcenia na domiar złego bez jakichkolwiek środków do życia.

Skontaktowałem się z Paniom kurator której przydzielono rolę pełnienia nadzoru nade mną a jednocześnie miała być osobą, w której obowiązku leżało choćby podjęcie próby ułatwienia znalezienia mi pracy. Niestety okazało się, że ogranicza się jedynie do rozliczania mnie z tego jak sobie radzę. Zarejestrowałem się w urzędzie pracy jednak bezskutecznie. Mijały tygodnie a ja nie miałem z czego żyć.

Pewnego dnia spotkałem na ulicy starego znajomego z więzienia. vel „Kongo”. Po krótkiej rozmowie wyjaśniłem mu swoją mało skomplikowaną sytuację, którą ten w lot pojął, ponieważ sam nie raz opuszczał Zakłady Karne.

Jako że byłem silny 120 kg mięśni, odważny, sprawdzony i w „sztosie” czyli wysportowany. Zaproponował mi dorywczą fuchę. Miałem jeździć z podobnymi mi chłopakami na granicę w celu ochraniania przemytników papierosów. Ekipa ponoć była zgrana.

W tamtych latach na granicy polsko niemieckiej toczyły się bardzo zaciekłe wojny między różnymi grupami przestępczymi, trudniącymi się przemytami papierosów i spirytusu. Przede wszystkim Caringtonem i Lelkiem w których to wojnach trup słał się gęsto. To mnie jednak nie zniechęciło

Kongo w mojej obecności wykonał telefon do swojego znajomego „Szyny” Który był jednym z Legniczan dorabiających sobie ochranianiem przygranicznych przemytników.

Zaręczył za mnie przedstawiając w dobrym światle. Po krótkiej rozmowie poinformował mnie, że na ten tydzień mają już cały skład. (Czyli pełne auto) Jednak za tydzień chętnie wezmą mnie z sobą.

Kiedy po dwóch tygodniach Kongo nie zadzwonił byłem nieco zdziwiony, ponieważ znałem go z rzetelności. Pojechałem do niego by zapytać się co z naszą sprawą? Spotkałem go pod domem był mocno przygnębiony. Zapytałem co się stało?

– To ty nic nie słyszałeś?! – odpowiedział

– No nie – odrzekłem zdziwiony

Rozejrzał się badawczo na boki po czym wyjaśnił mi podekscytowany.

– Posłuchaj wtedy co pojechali co nie było już dla ciebie miejsca. Była awantura! Ktoś z broni maszynowej na środku drogi ostrzelał ich Forda Sierrę między Bożkowicami a Leśną. Kierowca zginął na miejscu a potem zabójca resztę wyprowadził z auta i po kolei strzałem w tył głowy dokonał egzekucji na wszystkich! Mimo że mieli przy sobie jeden pistolet nie zdołali nic zrobić zginęli na miejscu! – Oficer sekcji kryminalnej powiedział, że takiej masakry nigdy jeszcze nie widział.

Ja właśnie teraz jadę do zakładu pogrzebowego załatwiać specjalną trumnę dla Szyny, bo w standardowej się nie mieści.

Po tamtej rozmowie z Kongiem zrozumiałem, że uniknąłem pewnej śmierci. Dzisiaj sprawca tej zbrodni Rosjanin odsiaduje dożywotkę w Zakładzie Karnym w Wołowie.

Kiedy wycofałem się ze wszystkiego, opadł kurz emocji i spojrzałem na całe może życie z perspektywy człowieka nawróconego. Jestem przekonany o tym, że mój los nie dokonał się wtedy tam na tej bocznej drodze wśród przygranicznych lasów. Ponieważ Ten który był, jest i będzie, poza czasem. Ocalił mnie ponieważ wiedział że przyjdzie takie dzień, kiedy odpowiem na Jego zaproszenie. I będę miał tu jeszcze coś do zrobienia… 

Egzekucja w Leśnej – śmierć pięciu mężczyzn

W nocy z 6 na 7 września, na bocznej drodze prowadzącej z Leśnej do Bożkowic, zastrzelono 5 młodych mężczyzn. Młodzi ludzie, poruszający się Fordem Sierra należeli do lokalnego gangu złodziei samochodów. Nie mieli jednak nic wspólnego, z konfliktem przemytników, znanym jako “wojna zgorzelecka”.