Moja historia

Moja Historia

 

Dom

Pochodzę z dobrego domu, w którym niczego mi nie brakowało. Początkowo przez rodziców zachęcany do czytania książek, z czasem sam nimi zafascynowałem. Byłem przeciętnym uczniem, co wynikało z braku zapału do nauki. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ, kiedy uczęszczałem systematycznie do szkoły, błyskawicznie nadrabiałem zaległości- potrafiłem awansować nawet na przewodniczącego klasy. Rodzice byli dumni, ja- obojętny.  To były przebłyski, do których nie przywiązywałem uwagi.

Pierwszy raz trafiłem do poprawczaka mając szesnaście lat.

Tam, mimo, iż uczęszczałem do szkoły (ponieważ musiałem), nie przykładałem się do nauki. Wyimaginowałem siebie, iż będę znanym człowiekiem, bez wykształcenia… Tej fanaberii jestem wiernym, aż po dzień dzisiejszy, stąd swoją edukację ostatecznie zakończyłem na szkole podstawowej.

Sport to kolejna z moich pasji. Od szóstej klasy namiętnie uprawiałem trójbój lekkoatletyczny. Puchary, dyplomy, zwycięstwa… Miałem najlepsze osiągnięcia w szkole, przez co nie musiałem się uczyć, ponieważ wiedziałem, że wychowawca (nauczyciel w-f) pomoże mi awansować do kolejnej klasy.

Niestety, brak zainteresowania moimi dotychczasowymi wynikami sportowymi przez nauczyciela w-f  w szkole zawodowej sprawił, iż pozostałem zostawionym sam sobie z buzująca adrenaliną i niedojrzałością emocjonalną. W poszukiwaniu ujścia dla tego stanu, korzystając z dużego marginesu zaufania, jakim darzyli mnie rodzice, popadłem w złe towarzystwo. Pierwsze przestępstwa, co prawda, nie były w zgodzie z tym, czego uczyli mnie w domu, jednak dawały ukojenie skołatanemu ego – w  czasie, kiedy próbowałem odnaleźć swoje miejsce na tym świecie. I to właśnie spowodowało, że w wieku 16 lat zostałem zatrzymany przez milicję i osadzony w izbie dziecka.

Zrywka

W pierwszy dzień po aresztowaniu, umówiłem się z kolegą z celi – Danielkiem-  że uciekniemy. Droga była tylko jedna. W nocy obezwładnić milicjanta, który miał właśnie służbę. Ustaliwszy doskonały plan, przystąpiliśmy do jego realizacji. Około godz. 22.00 waliłem w drzwi celi na tyle usilnie, że niebawem zjawił się milicjant – Filip (do dziś pamiętam jego imię) – mający tej nocy dyżur. Zacząłem symulować uraz głowy, więc otworzył drzwi, a ja, korzystając z okazji, rzuciłem się na niego, chcąc go obezwładnić i odebrać klucze, by otworzyć kraty, które dzieliły nas od tak upragnionej wolności.

Niestety, różnica wagi, 120 kg – 55kg, a co za tym idzie siły, była mocno na moją niekorzyść, w wyniku czego zostałem szybko spacyfikowany i wrzucony z powrotem do celi. Rano wpadła brygada ZOMO i w akcie manifestacji siły tak mocno mnie pobili, że po dzień dzisiejszy odczuwam tego skutki. Po wszystkim zamknęli mnie w celi izolacyjnej, rozebrali i uchylili okno tak, bym nie mógł go zamknąć, a był wtedy luty. Wymiotowałem krwią, krew też była w moim moczu i wtedy pierwszy raz w życiu poczułem smak śmierci. Leżałem na podłodze, cały obolały i siniałem z zimna. Dochodziłem do siebie dwa tygodnie. Potem przewieziono mnie do poprawczaka.

 

Kajdanowo – Zakład Poprawczy w Głogowie

W poprawczaku nastąpiła moja błyskawiczna demoralizacja. To miejsce jest przerażającą fabryką społecznych wyrzutków, chłopaków z patologicznych rodzin, bitych, molestowanych, żyjących samopas od najmłodszych lat. Dzieciaków, którzy nigdy nie słyszeli o miłości – najgorszych z najgorszych. Tatuaże, sznyty, więzienne piosenki, bicie, samouszkodzenia, presja, niezdrowa rywalizacja, przekleństwa, jakich nigdy dotąd nie słyszałem, cwaniactwo, wyrachowanie, przebiegłość. Szybko uczyłem się radzenia sobie w tym okrutnym świecie.

Byli zaworem bezpieczeństwa dla dorosłych, którzy nie potrafili poradzić sobie z życiem. Smutek, żal, ból, niezrozumienie, samotność, niesprawiedliwość były tam codziennością.

Mnóstwo agresji i przemocy – byłem bity i ja, biłem innych. Już po kilku miesiącach tak niefortunnie uderzyłem kolegę, że ten trafił do szpitala, z objawami niedotlenienia mózgu. Miano mi postawić zarzut usiłowania zabójstwa, jednak zakończyło się  umieszczeniem mnie na grupie karnej.

To był dla mnie bardzo trudny czas, gdzie poznałem życie od podszewki. Świat, którego istnienia nigdy sobie nie wyobrażałem – mimo potężnej presji i braku przysposobienia w rodzinie, do życia w tak okrutnym środowisku. Poradziłem sobie, dzięki sportowemu uporowi, zawzięciu, sile, bezwzględności. Szybko zrozumiałem: „Albo oni mnie, albo ja ich.” Byłem zmuszony bardzo szybko dorosnąć lub się załamać.

Przez wiele późniejszych lat, na mojej drodze przewijali się chłopcy poznani w „kajdanowie”. Okrutne życie bezwzględnie ich dziesiątkowało. Niepotrafiący wyrwać się z pętli zła, wpisani przez społeczeństwo na zarezerwowane dla nich miejsce marginesu życia, z wypalonym piętnem skazańca: „jednostka aspołeczna uporczywie niepoddająca się resocjalizacji”. Tak najczęściej widniało w aktach. A naprawdę najczęstszą ich winą było to, że urodzili się w takiej, a nie innej rodzinie, czasami w więzieniu, nigdy nie poznawszy ojca. Próbowali walczyć, być takimi jak wszyscy, lecz tylko nielicznym to się udało. Szczeniaki, którymi nikt się nie interesował, nikt nie mówił co jest dobre, a co złe, a nawet jak mówił, to sam robiąc co innego. Bramy były ich domami, a piani kryminaliści -nauczycielami.

 

Pucha

Po rocznym pobycie w kajdanowe, na wolności przebywałem, zaledwie miesiąc! Pełen agresji i buntu uruchomiłem znajomości z poprawczaka. Skrzyknąłem paczkę kolegów, z którymi ruszyłem śladami wielkich gangsterów, będących dla nas niedoścignionymi autorytetami. Mocno zagłuszone sumienie niewiele mi wyrzucało. Odważni, dumni, silni, z ugodzoną ambicją byliśmy gotowi podbić świat.

Ukończywszy zaledwie siedemnasty rok życia, za poważniejsze już przestępstwa, trafiłem do Zakładu Karnego we Wrocławiu. Podczas komisji weryfikacyjnej, dyrektor przywitał mnie tymi słowy: „Zapoznawszy się z twoimi aktami z Zakładu Poprawczego, biorąc pod uwagę twoją głęboką demoralizację, pójdziesz na oddział dla recydywy, już oni tam ciebie wychowają… Wyjść!”.

Prowadzony przez „klawisza” więziennym korytarzem, w krainie tysiąca zamków i jednego klucza, nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym miejscu. Krzyki, szczękanie zamków, ujadające psy, nieustanne rewizje, wielkie gmachy o setkach cel, z malutkimi zakratowanymi oknami, przepełnione najgorszymi kryminalistami… Wszechobecna szarość, ponurość, półmrok, były przygnębiające. Przydzielono mi blaszaną miskę, szary koc, szare mydło i jedną szmatkę do miski drugą taka samą do ciała. I te drwiące, złowrogie spojrzenia…

Trafiłem do celi z wieloletnimi recydywistami. Ich zadaniem było mnie utemperować, a moim? – sam nie wiedziałem… Po prostu chciałem przeżyć.

To było początkiem mojej drogi ku „wyższej lidze.” Tutaj nie było zabawy, nikt nie brał jeńców. Albo przewóz, albo śmierć …

Zaprawiony poprawczakiem, szybko to zrozumiałem, dlatego już w pierwszy dzień rzuciłem palenie, którego nauczyłem się w poprawczaku i zacząłem ćwiczyć. W celi siedziałem z podejrzanym o kilka morderstw, złodziejem i dwoma bandytami. Każdy z wieloletnim stażem za kratami. Każdy chciał rządzić, a ja chciałem tylko jakoś się   w tym wszystkim odnaleźć.

Od rana do późnej nocy, wielogodzinnymi zwierzeniami, uczyli mnie swoich fachów, zasad zachowania w każdej sytuacji, grypsowania, walki, przetrwania. Byłem pojętnym uczniem, zdecydowanym, silnym, nieobliczalnym. Czułem się jak na wojnie: niemal codziennie miałem do czynienia z przemocą, śmiercią. Stawiając temu opór, umacniałem się. Powoli przywykałem do wszechobecnego kultu siły, samobójstw, gwałtów, bójek, samouszkodzeń, śmierci. Na każdym kroku rywalizacja, z powodu, której, w każdej minucie mojego tam pobytu, mogłem zostać skopany, a nawet zabity, za najmniejsze uchybienie czy odstępstwo. Nie miałem wyboru – musiałem podjąć walkę. W imię dbałości o statystyki, każde zło wyrządzane przez klawiszy, czy to sobie wzajemnie przez skazanych, było odpowiednio kolejno tuszowane. Znamy to z każdej dziedziny życia, z tą różnicą, że w więzieniu o toż życie najczęściej chodziło.

Mury więzień skrywają najwięcej tragicznych tajemnic, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. To państwa w państwie – tam nie ma nikogo, komu można by się pożalić, a każdy objaw emocjonalnego uzewnętrznienia się jest odbierany jako słabość, która człowieka naraża na niespodziewany cios. Nawet ze strony najbliższych. Na tym ringu gladiatorów życia, musiałem zawsze spać z otwartym jednym okiem, zawsze gotowy na odparcie niespodziewanego ataku, zawsze zwarty i czujny. Presja, stres, napięcie, nieprzespane noce. Nigdy nie wiedziałem, co może stać się jutro, za godzinę, za pięć minut. Moja sytuacja mogła zmienić się diametralnie w ciągu sekundy, a mimo to, nie wolno było się poddać.

Już w pierwszych dniach musiałem odciąć z prześcieradła, na którym się powiesił, mojego kolegę z celi. To był dla mnie szok – kilka godzin wcześniej grałem z nim w karty, a teraz ubabrany w pianie, która wypływała z jego ust, układałam go nieprzytomnego na zimnej posadzce więziennej celi. Z biegiem lat przywykłem do takich widoków. Dzisiaj jesteś, jutro cię nie ma, recydywa powtarzała „małolat przywykniesz”. Wtedy im nie wierzyłem, teraz wiem, że do wszystkiego można przywyknąć. Psychika to najsłabszy punkt! Nie wolno było się załamać! Kto upadał psychicznie, kolejno błyskawicznie podupadał na zdrowiu. Szybko to pojąłem, dlatego zamiast się nad tym rozwodzić, podjąłem walkę.

Rzetelnie przepracowałem swój pierwszy pobyt w puszce, z którego wyszedłem o wiele gorszy: bardziej bezwzględny, silniejszy, sprytniejszy i oschły emocjonalnie. Nie bałem się krat ani krwi, poznałem inne zasady, którymi chciałem się kierować w życiu. Zamiast lęku, refleksji, poczułem żądzę rywalizacji o bycie wielkim gangsterem, nie jakimś chuliganem czy złodziejaszkiem, nie chciałem osiadać na mieliźnie hierarchii przestępczej. Nic połowicznie, na pół gwizdka – jak brać to wszystko. Nie po to zaczynałem, by poprzestawać w połowie drogi. Nie zadowalała mnie przeciętność, byłem gotowy podjąć najwyższe ryzyko, koszty nie grały roli.

Rozpocząłem działalność w zbrojnych grupach przestępczych. Walka o tereny, wpływy, wielką kasę, szybka i ostra gra na krawędzi sprawiły, że niedługo cieszyłem się wolnością. Jednak kolejny mój powrót do więzienia uświadomił mi, że wracam tam jak do swojego domu.  Niczego się nie bałem, a wręcz odwrotnie – to ja zacząłem budzić strach.

 

Ucieczka

1994 rok. Pod okna więzienia we Wrocławiu, gdzie przebywałem, podjeżdża jeden z szefów konkurencyjnego gangu, odgrażając mi się. Odebrałem to jako potwarz, rzuconą rękawicę, jednak byłem tam, gdzie byłem. Postanowiłem uciec! (Opis całej akcji umieszczę w innym rozdziale.)

Własnoręcznie skonstruowałem pistolet, który chciałem przystawić sędziemu do głowy podczas rozprawy, na którą miałem być niebawem dowieziony. I w ten sposób, biorąc go za zakładnika, chciałem uciec z sądu w Złotoryi. Jedynie po to by wyrównać rachunki. Ktoś mnie zakapował… Antyterror, łańcuchy, izolatka. Skończyło się tym, że przyznano mi status więźnia szczególnie niebezpiecznego, tzw. „N”. W tamtych latach we Wrocławiu było takich zaledwie dwóch. Jeden- vel. „Diabeł”, za zabicie milicjanta i usiłowanie zabicia kolejnego. Drugi, chłopak o imieniu Piotrek, zabił żołnierza i miał na koncie ucieczkę z więzienia we Wrocławiu. Ja byłem tym trzecim. (To, co przeżyłem w celi „N” opiszę w innym rozdziale. O terrorze, jakiego doświadczyłem, zamachu na moje życie, kilku samouszkodzeniach, łącznie z tym, jak nieudolnie podciąłem sobie gardło… (Było tego dużo). Wrażenia z tamtego czasu pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Niejednokrotnie budzę się z koszmarem tamtych wspomnień. Terror psychiczny i fizyczny jakiemu zostałem wtedy poddany wywarł potężne piętno na mojej psychice.

Był rok 1996. Po roku czasu przebywania na celi „N” we Wrocławiu, zostałem przewieziony do więzienia w Wołowie.

To Zakład Karny znany w całej Polsce z tego, że odsiadują tam wyroki jedni z najniebezpieczniejszych przestępców. Czarna legenda tego więzienia wzbudzała we mnie dylematy. Jak sobie w nim poradzę? Byłem już dosyć znanym przestępcą, jednak pobyt w Wołowie to inna kwestia. To w kuźni charakterów najwyższy szczebel. Po przyjeździe do Wołowa, nie rozglądałem się na boki. Pierwsze swoje kroki skierowałem na siłownię – treningi siłowe, boksu i karate. W przeciągu zaledwie dwóch lat, dzięki zawziętości i uporowi, byłem tam najsilniejszym więźniem. Pokonałem nawet tych, którzy ćwiczyli po kilkanaście lat. Bez zażywania sterydów czy jakichkolwiek odżywek, na sztandze wyciskałem 190 kg. Zgredy z recydywy zwrócili na mnie swoją uwagę: zapoznali się z moją historią, posłuchali ludzi, którzy za mnie poręczyli, prześledzili moją dotychczasową „nieskazitelną” drogę wojownika i postanowili obdarzyć swoim zaufaniem. Wynikiem czego było to, że po opuszczeniu przeze mnie Z.K Wołów w 1998 roku, zaproszono mnie, dzięki odpowiednim protekcjom z Wołowa, na spotkanie ważniejszych gangsterów w Polsce, które miało miejsce po walce Andrzeja Gołoty vs Tim Witherspoon 98.10.02 we Wrocławiu. Walka miała miejsce w Hali Stulecia, z dwunastoma milionami widzów przed TV. Ponoć gangsterzy otrzymali 100 tys. okupu zł za to tylko, aby nie popsuli tego widowiska poprzez wyłączenie prądu… O tym dowiedziałem się później, dużo później. Poznałem wtedy Pershinga i innych znanych gangsterów w Polsce.  To był moment przełomowy mojej kariery, bowiem wkroczyłem do pierwszej ligi. Awansowałem kolejno z chuligana, bandziorka na zawodowego przestępcę, czyli gangstera. Zanim do tego doszło, musiałem przejść długą drogę, jednak dopiąłem swego. Marzenia z młodości, kiedy zostałem zainfekowany złym bakcylem, spełniły się. Zaczęły się poważne interesy, nauczyłem się czerpać korzyści z szarej strefy, w której działałem. Zarabiałem m.in. na tym, kim jestem.  Moje nazwisko stało się marką. Kupiłem sobie Mercedesa S, dobry garnitur, złoty zegarek, zacząłem inwestować w nieruchomości. Już w roku 2001 moje zarobki oscylowały w kwotach około kilkudziesięciu tys. zł. miesięcznie. Założyłem swoją plantację marihuany, a właściciele lokali płacili mi za to tylko, że w nich bywałem. Czułem się jak król życia, spełniały się moje marzenia!  Wszędzie wstęp za darmo, zastawione stoły, wszystko, co było, było najlepsze. Ludzie obnosili się z tym, że mnie znają. Miałem dwadzieścia kilka lat, a mimo to, kiedy jechałem gdzieś na spotkanie, gdzie trzeba było ustalić strefy wpływów, liczono się ze mną. Byłem brawurowy i nieobliczalny. To mnie kręciło, jednak miało to też swoją cenę…

W swoim Mercedesie ( zresztą nie tylko, ponieważ posiadłem kilka aut) pod siedzeniem, na którym nierzadko siedziały najpiękniejsze dziewczyny, był ukryty pistolet. Rzadko rozstawałem się z bronią. Doszło do kilku zamachów na moje życie. Zrozumiałem, że nie jestem jedynym szczupakiem w tym stawie. Choć zawsze mogłem liczyć na pomoc, to było to uwarunkowane tym, że nieustannie musiałem się wykazywać jako ten najlepszy, bezwzględny, nieobliczalny – a to kosztowało. Płaciłem za to wysoką cenę: piłem litrami, czasem brałem narkotyki, nieprzesypiałem nocy, żyłem w nieustannym napięciu na krawędzi. To wszystko odbijało się na mojej psychice. Kilka telefonów komórkowych, które dzwoniły niemal bez przerwy, zawsze coś się działo, niekoniecznie dobrego. Trzy dni w tygodniu chodziłem na siłownię, a kolejne trzy piłem. Nie wiedzieć kiedy, zapętliłem się w sytuacji, z której nie widziałem wyjścia, a właściwie to nawet go nie szukałem. Nie znałem innego świata, więc nie wyobrażałem siebie, że można inaczej.

Pierwsze zlecenie, kiedy przekroczyłem próg wielkiego świata, było dla mnie zaskoczeniem. Podczas jednej z imprez w Warszawie w Marriotcie, podszedł do mnie mój przyjaciel Karolek i zaproponował „odpalenie” Superola. Zdziwiłem się, ponieważ Superol był naszym przyjacielem – przynajmniej ja go za takiego uważałem. Odmówiłem, potem jednak takich propozycji było więcej: żeby porwać koledze dziecko dla okupu, oszukać, okraść, przewalić, zabić, wymusić, a najgorsze w tym wszystkim było to, że swój swojemu, a ja tego nie byłem nauczony…

Zastanawiałem się: „Czy czegoś nie przeoczyłem?”, „Czy czegoś nie zrozumiałem?” lub „Czy coś mi po drodze umknęło?”.  Jednak nie, wszystko na to wskazywało, że wielki świat, ku któremu dążyłem całe życie, okazał się jednym wieki bagnem bez zasad. Im ktoś był większym świntuchem, tym lepiej. Liczyła się tyko kasa i siła. Bezwzględność, zero sentymentów, a wszystkie zasady, którym hołubiłem od dzieciństwa, nic tutaj nie znaczyły.  Czułem się bardzo zawiedziony i zdezorientowany.

Kiedy zaczynałem swoją przestępczą karierę na podwórkowych ławeczkach, za czasów komuny, starzy recydywiści „podkręcali” mi zasady, których nigdy nie wolno było mi złamać. Mówili: „Małolat, pamiętaj, nigdy ci nie wolno okraść kobiety w ciąży, osób niepełnosprawnych, niedołężnych, kościołów, księży i cmentarzy. Nie wolno gnoić na swoim podwórku, sięgać łapą po żonę przyjaciela, ani krzywdzić rodzin, nawet wrogów. To są nasze świętości i tego ci tknąć nie wolno. Nie przewalaj ziomków, nie okłamuj przyjaciół, bądź fer względem wspólników, nie kapuj, bądź twardy, sztywny nieugięty”. Trzymałem się tego całe życie, a tu…

W wielkim świecie okazało się, że to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Przełknąwszy tę gorzką pigułkę poznania, postanowiłem wycofać się z dużych interesów na rzecz regionalnych biznesików, jak to mówili wspólnicy: „Mniejszą łyżeczką, ale regularnie”. No i w swoim gronie.

 

Rok 2005- kolejne aresztowanie. Tym razem wszystko potoczyło się inaczej: poważne zarzuty, działanie w grupie zbrojnej, handel bronią, haracze, narkotyki. CBŚ wprowadziło do mojej grupy swoje wtyczki, którzy założyli – w miejscach, gdzie przebywałem- ukryte kamery i podsłuchy. Zarzuty były niepodważalne. Wylądowałem w Departamencie do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu. Tam policjanci z CBŚ przedstawili mi propozycję świadka koronnego – odmówiłem. Na jednaj szali leżał wyrok piętnastu lat więzienia, na drugiej- ochrona, nowe dane osobowe, spokojne życie w Hiszpanii, zachowanie całego majątku, jakiego się dorobiłem na przestępstwach- czyli gra o wszystko. Abym miał czas to przemyśleć, umieszczono mnie w ścisłej izolacji. Odizolowany oddział, osobna pojedyncza cela, gdzie nie widziałem nikogo na oczy, w środku tej celi klatka- tak zwana tygrysówka. Spacery również w klatce, do której byłem prowadzany o świcie tak, bym nikogo przypadkiem nie widział na oczy. Taka forma presji psychicznej.

W celi tej trzymali mnie rok czasu i przyznam szczerze, że można było zwariować. Miałem w niej dosłownie policzony kurz. I ta wwiercająca się w głowę świadomość, że to już koniec. Groteskowe było w tym wszystkim to, że prawdę mówiąc odmawiając współpracy, sam podpisywałem na siebie wyrok. Jednak nie rozważałem tego zbyt długo. Starałem się znaleźć alternatywę na te wszystkie lata które mnie czekały. Takie naiwne pocieszenie, że jakoś to będzie, że zdarzy się cud… Że inni przesiedzieli znacznie dłużej i jakoś poukładali sobie życie.

Sen

W tej całej beznadziei rozkołatanych, fatalistycznych myśli, niespodziewanie przyśnił mi się sen, który odmienił moje życie. W śnie tym, poprzez odpowiedną inscenizację, zrozumiałą dla takiego odbiorcy jakim wtedy byłem, Pan Bóg wystosował do mnie zaproszenie i ja na to zaproszenie odpowiedziałem twierdząco – Tak! W świetle tego zrozumienia wszystko zdawało się jawić innym, niż dotychczas. Moja nadzieja dostała kopa i zmartwychwstała.

Na wskutek tego zdarzenia przeczytałem całą Biblię, Katechizm Kościoła Katolickiego oraz wiele innych religijnych książek. Wyspowiadałem się, przystąpiłem do Komunii Św. i zacząłem życie, jak nowonarodzony człowiek. Wróciłem na łono rodziny Kościoła Katolickiego, który przyjął mnie niczym syna marnotrawnego. To był początek nowej, jak się potem okazało, o wiele trudniejszej drogi.

 

Pielgrzymka.

W roku 2010.10 opuściłem Zakład Karny w Jeleniej Górze. Jeden z wielu, które odwiedziłem przez te wszystkie lata spędzone za kratami.  Ten był ostatni, jednak tym razem byłem innym człowiekiem. Dotychczas, za każdym razem po wyjściu, skrzykiwałem kolegów, odświeżałem kontakty, wyjmowałem ze skrytki pistolet i robiłem to, do czego byłem przyuczony od młodości, do czego byłem szkolony w więzieniach przez te wszystkie lata. Tym razem pierwsze co uczyniłem, to wyruszyłem na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Jedenaście dni maszerowania wśród ludzi, którzy zaznajomili mnie z innymi standardami życia. Byłem zaskoczony ich otwartością, uprzejmością, religijnością, pogodą ducha, wewnętrznym spokojem. Pokazali mi, że można żyć inaczej. Dzieliliśmy się doświadczeniami, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie. Zawarłem tam wtedy wiele przyjaźni, które trwają do dzisiaj. Po powrocie, poszedłem do domu, pootwierałem szafy i szuflady, a rzeczy, które mi zostały z tamtego życia przestępcy, wyniosłem na śmietnik i porozdawałem ubogim. Wszyscy byli przekonani, że zwariowałem, spotykałem się z niezrozumieniem. Przysłano mi wówczas pismo urzędowe nakazujące odpracowanie 40 godzin w Zieleni Miejskiej- była to kara za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu, nie pierwsza zresztą. Przewinienia tego dopuściłem się jeszcze przed aresztowaniem. Nie miałem wyjścia. Musiałem sprostać temu wyzwaniu i w mieście, gdzie wszyscy mnie znali, zostałem przydzielony do zamiatania ulic. Przychodzili znajomi i robili mi zdjęcia, szydząc za plecami. To było dla mnie trudne, upokarzające doświadczenie. Starzy kumple zaproponowali powrót do gangsterki, dużą kasę, lekkie życie. Znałem to i nie powiem – było to kuszące, jednak odmówiłem. To była jedna z pierwszych poważnych propozycji, na którą nie przystałem. W kolejnych latach było ich coraz mniej – dzięki Bogu, nie uległem. Podjąłem poszukiwania zatrudnienia, zarejestrowałem się w urzędzie pracy. Niestety, miałem małe szanse na znalezienie czegokolwiek, ponieważ byłem bez zawodu, doświadczenia, kwalifikacji, jakichkolwiek umiejętności. Przychodziłem tylko po to, by podpisać listę, w zamian otrzymując ubezpieczenie.

W sezonie letnim znajdowałem zatrudnienie na budowach, w charakterze pomocnika, jednak było to zajęcie sezonowe. Nie było szans, bym się z tego utrzymał przez cały rok, aż…

Pewnego dnia usiadłem przy komputerze, poznałem, czym są portale społecznościowe i zacząłem tam umieszczać swoje publikacje. Krok po kroku, dzień po dniu. Nie widziałem w tym celu, jednak jednocześnie modliłem się do Pana Boga o światło, co mam w życiu robić. Na początku były to małe formy, mimo to spotkały się one z dużym aplauzem. Pisałem więcej i więcej, liczba polubień i udostępnień rosła.  Po jakimś czasie, zachęcany przez czytelników moich postów, postanowiłem napisać książkę. Potraktowałem sprawę bardzo poważnie i solidnie się do niej przygotowałem. Praca nad powieścią, pt. „Wysłuchaj mnie, proszę…” trwała cztery lata.

O czym traktuje książka? Z czego żyłem w tym czasie? Jak doszło do jej wydania? (Opiszę na blogu.)

 

Kiedy opowiadam swoją historię, często słyszę, że można by na jej podstawie nakręcić film! lub napisać dobrą książkę. Owszem, zgadzam się z tym, miałem bardzo burzliwe życie, jednak…

Spotkałem w nim również wielu twardzieli, którzy robili rzeczy, jakich ja bym się nie odważył -np. mocne samouszkodzenia. Potrafili oni przez lata nie wypowiedzieć ani słowa – byli notorycznie katowani do nieprzytomności lub wręcz torturowani i nie pękali. Poznałem wielu mocnych gangsterów, o których mało kto słyszał, ponieważ byli dyskretni. Wielu ludzi, którzy w imię zasad oddali swoje życie. Bosów, którzy stojąc w cieniu, podejmowali decyzje wstrząsające przestępczym półświatkiem. Poznałem wiele mocnych i kontrowersyjnych postaci, o których po prostu nikt nigdy nie usłyszał. W świetle tego wszystkiego nie uważam, żeby moja historia była szczególna. Jest po prostu moją historią o której opowiadam, jednak w żadnym wypadku nie uważam się za znaczącą postać i nie jest to fałszywa skromność lub ukryta pycha.

 

Dziś dziele się świadectwem swojego życia. Odwiedzam Zakłady Karne, Poprawcze, sierocińce itd. Staram się pokazywać ludziom, którzy są w takiej samej sytuacji, w jakiej kiedyś byłem ja – że można inaczej.